Beskid Wyspowy: Przełęcz Gruszowiec – Śnieżnica w Nowy Rok

Tradycja musi zostać zachowana, dlatego jak w każdy pierwszy dzień Nowego Roku musimy być w górach. Tym razem na szlak ruszyłem sam i nie była to jakaś długa wyprawa. Postawiłem na spokojny rozruch, chociaż tak naprawdę nie mam do czego się rozgrzewać czy przygotowywać, bo w górach jestem dość często. Śnieżnicę znajdującą się w Beskidzie Wyspowym wybrałem z dwóch powodów. Po pierwsze byłem tam tylko raz w życiu, a po drugie chciałem powtórzyć noworoczne wyjście z 2014 roku.

Po szampańskim spędzeniu nocy sylwestrowej z Angeliką przed telewizorem ruszyłem o poranku na Przełęcz Gruszowiec, żeby stamtąd udać się na zdobywanie Śnieżnicy – szczyt ledwie przekraczający 1000 m n.p.m. Dojechałem na miejsce po godzinie 8:00. Zatrzymałem się tradycyjnie przy Barze pod Cyckiem. Pierwszy raz zobaczyłem znak, że parking przeznaczony jest wyłącznie dla klientów baru. Nie jestem pewien od jakiego czasu jest tutaj zakaz parkowania i czy ktoś to w ogóle egzekwuje. Mam nadzieję, że nie, ponieważ Przełęcz Gruszowiec jest świetnym miejscem startowym na Śnieżnicę i Ćwilin. 

Wyruszam szlakiem niebieskim i zielonym po drodze asfaltowej. Po minięciu domów wchodzę na lodowisko. Beton się kończy, a gdyby nie raczki, które zawsze mam w plecaku w okresie zimowym ciężko byłoby iść dalej. Od samego początku towarzyszą mi widoki na Luboń Wielki w Beskidzie Wyspowym z rozpoznawalnym przekaźnikiem i czubek Babiej Góry w Beskidzie Żywieckim.

Szlaki się rozdzielają, a ja dalej zmierzam kolorem niebieskim. Wchodzę na wąską ścieżkę, która nie jest już taka oblodzona. W pewnym momencie obracam się i między drzewami dostrzegam jeden z tatrzańskich szczytów. Mimo niebyt dobrej pogody, przejrzystość okazuje się przyzwoita. Szkoda, że mój dzisiejszy cel i drogi dojściowe do niego są całe zalesione. Podczas marszu napotykam na stacje drogi krzyżowej.

Szlak na Śnieżnicę nie jest długi, dlatego dość szybko dochodzę na szczyt. Na najwyższy punkt wdrapuję się szlakiem czarnym i staję pod krzyżem i ołtarzem polowym. Wzniesienie ma trzy niezbyt wyróżniające się szczyty: główny, zwany Na Budaszowie, oraz położone na wschód od niego Wierchy i Nad Stambrukiem. Szczególnie dobrze wierzchołki te widoczne są z południowo-wschodniej strony. Pod najwyższym szczytem Śnieżnicy znajduje się po północnej stronie zagłębienie, w którym bardzo długo zalega śnieg, dłużej niż na podobnej wysokości okolicznych szczytach. Stąd właśnie pochodzi nazwa góry. Pierwotnie szczyt nazywany był Śnieżną Górą. Można na niego dotrzeć zielonym szlakiem z Dobrej, czarnym z Porąbki, niebieskim z Kasiny Wielkiej i tym co ja wędruję.  

Na północno-zachodnich stokach Śnieżnicy, w Kasinie Wielkiej, znajduje się Stacja Narciarska ?Śnieżnica?, do której po krótkim pobycie na górze schodzę. Zejście do górnej stacji kolejki jest bardzo szybkie i łagodne. Prowadzi mnie kolor zielony, którym dotrę do samej przełęczy. Zbliżam się do wyciągu i widzę, że zimowe szaleństwo cieszy się popularnością od samego rana. 

Na północnych stokach góry, poniżej jej najwyższego wierzchołka znajduje się wychodnia skalna. Jest także częściowo zasypana jaskinia zwana Piwnicą. Wejście do niej trudno znaleźć, gdyż ukryte jest w gęstych buczynach. Związana jest z nią legenda, według której w jaskini znajduje się tunel prowadzący, aż do góry Grodzisko. Podobno jeden z dawnych właścicieli ziemskich tych terenów, niejaki Pieniążek, zamiarując zbudować most łączący Śnieżnicę z Ciecieniem udał się do wróżki Siwulki pod Babią Górą, która poleciła mu najpierw rozciągnąć jedwabny sznur między tymi górami. Zamiar się nie udał, gdyż pasterze przecięli sznur. Jakby ta legenda była prawdziwa i gdyby odkryto taki tunel to byłaby to na pewno spora atrakcja turystyczna. 

Skręcam w lewo i idę w kierunku schroniska na Śnieżnicy lub jak kto woli Młodzieżowego Ośrodka Rekolekcyjnego. Przechodzę szeroką drogą i już widzę dach budynku. Szlaki tutaj są wydeptane, chociaż nie udaje mi się jeszcze nikogo spotkać. Dopiero przy ośrodku stoi spora grupa młodzieży zbierająca się do zejścia. Ładują plecaki na samochód, a sami idą tuż za mną.  

Nie wchodzę do środka, bo nie mam zbytnio czasu i po śliskiej drodze, na której miałem problemy z wyjściem kieruję się coraz to niżej. Na Przełęcz Gruszowiec docieram po godzinie 11. Tam czeka już autobus na wspomnianą grupę z Krakowa, a ja wsiadam do samochodu i wracam pomału do domu. 

Dziękujemy, że jesteś z nami!!!

Zachęcamy Cię do odwiedzin naszych stron na FacebookuInstagramieTwitterze i Google+, śledzenia kanału na YouTubie, a także do powracania na www.mynaszlaku.pl. Komentuj i polecaj znajomym. Niech oni również dowiedzą się o naszym blogu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *