Główny Szlak Świętokrzyski z Gołoszyc do Kuźniaków w 3 dni

Główny Szlak Świętokrzyski z Gołoszyc do Kuźniaków w 3 dni

Główny Szlak Świętokrzyski z Gołoszyc do Kuźniaków w 3 dni

Nadeszła wreszcie długo wyczekiwana data – 11.04.2016. Oznaczała ona rozpoczęcie naszego projektu „Małe jest piękne” i wędrówki Głównym Szlakiem Świętokrzyskim i Szlakiem Orlich Gniazd. O tym wszystkim pisaliśmy niedawno na naszym blogu (TUTAJ). Start zaplanowaliśmy na początek tygodnia, czyli poniedziałek. Zacznijmy może od GSŚ liczącego 105 km według jednych źródeł i 92, 94 czy 96 km według innych. Wybraliśmy wariant przejścia szlaku ze wschodu na zachód, czyli od strony Gołoszyc w kierunku Kuźniaków. W tym przypadku patrzyliśmy przede wszystkim na możliwości dojazdu autobusami, o które jest bardzo ciężko. Tak czy inaczej, na pierwszy dzień mieliśmy zaplanowane dojście do Huty Podłysica znajdującej się pod Łysą Górę i przed Łysicą. 

Dotarcie do początku tego szlaku troszkę trwało i po długich poszukiwaniach na różnych rozkładach jazdy wreszcie znaleźliśmy najlepszy z wariantów. Pobudka około 3:00. Wyjazd z Iwkowej busem do Krakowa godzinę później. Tam przejście i przesiadka do pociągu regionalnego do Kielc. Na trasie Kraków – Kielce możemy liczyć na częste kursy czy to pociągów czy autobusów. Start o 6:37 z dworca głównego w Krakowie i półtoragodzinna podróż wygodnym, nowym pociągiem. Z Kielc do Gołoszyc już nie jest tak łatwo się dostać, niestety nie ma tam częstych kursów, ani wielu przewoźników. Do wyboru mieliśmy albo jakiś PKS, który kursuje przez Opatów, albo przewoźnika Muszkieter, który rusza z D.A.Mielczarskiego o godzinie 9:00. Czyli idealnie jak przyjechaliśmy do Kielc. Można się tam dostać jeszcze o 11:30, 13:10, 15:10, 15:20, 15:55 przez cały tydzień (z tym, że soboty i niedziele muszą być zwykłe), a w dni robocze jeszcze można skorzystać z kursu wczesnym rankiem 7:10. Inną opcją jest dotarcie tu PKS-em, ale z miejscowości Opatów, bo znowu autobusy jadące z Kielc do Opatowa nie zatrzymują się w Gołoszycach. Trzeba się liczyć z tym, że wybierając tę opcję, nie będzie się szybciej w wyznaczonym miejscu. Ten muszkieter okazał się idealnym kursem mimo ich słabej opinii w Internecie jechał i bezpiecznie dowiózł nas na miejsce.

W pociągu 🙂
Kierunek Kielce o 6:37 z Krakowa

Wysiadamy w Gołoszycach o 10:30 i wita nas zamglone przedpołudnie. Jesteśmy na przystanku i pierwsze co robimy to jemy śniadanie, aby mieć siłę wyjść chociaż na pierwszy szczyt tego dnia :). W tym czasie przejeżdżają cały czas tiry i samochody osobowe. Ruch naprawdę jest tutaj spory. Spakowane plecaki były już w domu, jednak tutaj ustawiamy je tak, żeby nam się dobrze szło. Hmm, pewnie jesteście ciekawi co mieliśmy w plecakach. Myślę, że ten temat na razie zostawmy i przeczytacie o tym w osobnym wpisie. Już teraz mogę zdradzić, że Mateusza plecak ważył 15 kg, a mój 10 kg, do tego jeszcze należy doliczyć jedzenie i picie na cały dzień. Waga jego wzrastała do 30 kg w zależności co kupowaliśmy i na jak długo :P.

Gotowa do drogi 🙂
🙂

W pobliżu przystanku szukamy czerwonej kropeczki. Oczywiście jest bardzo pięknie namalowana, ale po drugiej stronie drogi. Robimy zdjęcie i ruszamy na zachód za drogą. Asfaltem musimy przejść coś ponad kilometr. Następnie skręcamy w prawo i docieramy do tablicy, która rozpoczyna szlak długodystansowy.

Pierwsze tabliczki na szlaku
Tablica rozpoczynająca szlak
Aleja lipowa

Pełni optymizmu z uśmiechem na twarzy rozpoczynamy marsz. Akurat idziemy ciekawym odcinkiem, czyli aleją lipową, uznaną jako pomnik przyrody. Na niej spotykamy 88 wiekowych lip, które nadają odczucia, jakbyśmy szli do czegoś wyjątkowego. Musimy zauważyć, że czerwony szlak im. Edmunda Massalskiego biegnie po najważniejszych punktach i jest on najdłuższym w tym paśmie, a zarazem głównym szlakiem, więc wszystko się zgadza. Wchodzimy zatem aleją lipową do królestwa Gór Świętokrzyskich. Maszerujemy nią jakiś kilometr. Pod koniec docieramy do pomnika upamiętniającego 299 poległych w czasie walk w I wojny światowej (w tym naszych 5 legionistów). Kilkadziesiąt metrów dalej napotykamy na kapliczkę poświęconą św. Hubertowi.

Cmentarz wojenny 1914-1915
Kapliczka św. Huberta

Następnie przechodzimy obok zasianych pól i obok lasu. Widok daleko ciągnących się prostokątów jest niebanalny i ciekawy. Szybciutko docieramy do kolejnego zakrętu, po tym już kierujemy się na Truskolaskę 448 m n.p.m. i ją zdobywamy. Niestety musimy coś ponarzekać, przecież jesteśmy Polakami. Szkoda, że szczyty nie są oznaczone tabliczkami. Jak dla mnie to świetny pomysł, aby każdy szczyt posiadał taką, przecież nie trzeba jakichś cudów. No nic, na ten szczyt mieliśmy już troszkę podejścia, na kolejny już, aż tylu nie mamy. Idziemy sobie spacerkiem po lesie, mniej więcej po prostym i docieramy w okolicę Wesołówki 469 m n.p.m. Tuptamy sobie dalej i schodzimy lekko na Przełęcz Karczmarkę 406 m n.p.m. Przechodzimy przez twardą drogę i ruszamy dalej przed siebie. Towarzyszą nam też krzyże, które zostały zamontowane w ramach ekstremalnej drogi krzyżowej i poprowadzone są, aż na Święty Krzyż. Nigdzie nie skręcając idzie się całkiem przyjemnie. Nie ma wysokiej temperatury i mamy żwawe tempo. Jedynie co, to utrudniają nam ogromne kałuże i bagna, które trzeba omijać, bo inaczej nie przejdzie. Znowu wychodzimy na daną wysokość i maszerujemy sobie lekko w górę. Próbujemy swoich sił w zdobyciu najwyższego szczytu Pasma Jeleniowskiego, czyli Szczytniaka 554 m n.p.m. Do szczytu niewiele brakuje, a towarzyszą nam też dodatkowe strzałki, chyba był tu poprowadzony jakiś rajd. Skoro tak, więc szybko zdobywamy szczyt i odpoczywamy na nim.

Na Szczytniaku 🙂

Kto chciałby zobaczyć małe gołoborze znajdujące się na północnych stokach szczytu musi udać się chwile za czarnym szlakiem. My już kiedyś tam byliśmy, więc tym razem odpuszczamy. Schodzimy powoli na Przełęcz Jeleniowską. Tam przez nią musimy dreptać po utwardzonej drodze i chwilę później niespodziewanie skręcić w lewo. Uważajcie, aby nie przegapić wejścia w las. Spacerkiem atakujemy kolejny szczyt, już ostatni w tym paśmie, Jeleniowską Górę 533 m n.p.m. Ciekawostką dotyczącą tego szczytu jest to, iż na to miejsce przeniósł się kiedyś nieformalny ośrodek kultu pogańskiego, zaraz po tym jak została zniszczona świątynia słowiańska na Łysej Górze. W sumie z biegiem czasu i on też znikł. Kiedy w nogach mamy dwadzieścia kilometrów docieramy do miejscowości Paprocice. Tam przechodzimy obok kościoła i skręcamy w prawo.

Widoki po drodze
Kościół w Paprocicach

Dreptamy po asfalcie między zabudowaniami lekko w górę. Gdy znajdziemy się na końcu asfaltu, to przed naszymi oczami będzie tablica z mapą, drogowskaz ile do następnego miejsca, tablica z oznaczoną miejscowością, która jest na szlaku im. Edmunda Massalskiego, a także regulamin z zasadami i zakazami. Chwilę odpoczywamy i ruszamy przed siebie, znowu w lewo. Przez las, cały czas wydeptaną ścieżką docieramy na Kobylą Górę 391 m n.p.m. Tu krzyżuje się szlak zielony wraz z naszym. Szczyt ten jest taki, że wychodzi się na niego i od razu schodzi w dół, więc tak robimy i lecimy dalej. Odpoczynku nam nie trzeba, bo pewnie gdzieś po drodze chwilowy był. Szybciutko pędzimy co sił, docieramy na łąkę, przechodzimy przez nią i przez drogę w Trzciance. Znaki z napisem „Święty Krzyż” kierują nas na wprost.

Droga na Święty Krzyż
Droga na Święty Krzyż

Pytanie jakie wyjście na szczyt? Trudne czy łatwe? Szczerze powiedziawszy lekko cały czas. Spodziewałam się jakichś większych przewyższeń, a tu całkiem przyjemnie się szło. Nie wiadomo kiedy to dotarło się do celu, a to wszystko dlatego, że cały czas czekałam na strome wejście. Z tego miejsca widoki są bardzo okazałe, jednak nie nam jest dane je oglądać. Człowiekowi na początku jest ciepło, bo cały czas w ruchu, a tu się okazuje, że już godziny popołudniowe, lekki wiaterek i trzeba zarzucić coś cieplejszego na siebie. Na Łysej Górze 595 m n.p.m. jest strasznie cicho i pusto, nie ma w sumie nikogo, aż dziwnie się siedzi przy stole. To, że pusto to nie znaczy, że na stole nic nie ma. Oczywiście, że są zapasy z plecaka :). No przecież czas na kolacje.

Na Łysej Górze
Słabe widoki tego dnia
🙂
🙂

Decydujemy, że załatwimy sobie nocleg w Hucie Podłysica, bo dość zimno jak na namiot. Dzwonimy do jednego, który wyszukaliśmy na szybko w telefonie i oczywiście z wielką chęcią nas przenocują. Ach… ten czas kiedy to wszyscy mają miejscówkę przed sezonem i z wielką chęcią nas chcą. Nie będziemy tutaj wskazywać konkretnego noclegu, bo w Hucie Podłysica jest ich sporo, a tutaj wspominamy tylko takie naprawdę godne polecenia, albo takie, które lepiej omijać z daleka. Nasz był normalny. Zadowoleni robimy zdjęcia przy Bazylice pw. Trójcy Świętej i sanktuarium Relikwii Drzewa Krzyża Świętego. W ramach przypomnienia, jest to najstarsze sanktuarium na ziemi polskiej, zaś tytuł bazyliki mniejszej nadał teraźniejszy papież Franciszek w 2013 roku.

W kierunku Przełęczy Huckiej

Chociaż aura nie najlepsza na oglądanie widoków, nie odpuszczamy zejścia na platformę widokową. Ach, piękne tereny i cudowne gołoborze. Nie wiem czemu, ale chwyta mnie za serce. Tutaj mamy dla Was ważną uwagę. Sklepu po drodze nigdzie nie ma. Dopiero na drodze Huta Szklana – Huta Podłysica jest jeden po prawej stronie. Udaje się, że mają ostatni chleb mimo późnej pory.

Wejście na platformę widokową
Gołoborze
🙂
Pomnik Katyński Trzech Krzyży

Lecimy dalej, asfalt już nas nie opuszcza, a to dlatego, że od tej strony jest dojazd prawie pod bazylikę. Schodzimy cały czas w dół, mijamy młodego człowieka i w sumie podejrzewamy, że jest on księdzem. Turystów jak na lekarstwo. Z lewej strony mijamy Pomnik Katyński Trzech Krzyży. Jesteśmy coraz bliżej celu, bo nocleg okazał się w Hucie Podłysica, jakiś kilometr od szkoły. My na ten dzień w nogach mamy trzydzieści kilometrów i zadowoleni, że udało nam się osiągnąć plan na ten dzień, pełni radości czekamy na kolejny dzień i wyprawę Głównym Szlakiem Świętokrzyskim.

Następnego dnia ruszamy przed siebie załadowani z pełnymi akumulatorami. Na początek dla rozgrzewki spacerek po prostym odcinku po obrzeżach Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Idąc ścieżką po prawej mamy las, zaś po drugiej stronie widzimy zasiane, długie pola, a na ich końcu szereg domów. Dochodząc do przysiółka Dalianka jest wiele łąk, więc jak by ktoś potrzebował, to można tam spróbować rozbić namiot. Spokojne, zaciszne miejsce bez żadnych zabudowań, rozbić i jakoś przeżyć do rana. Pewnie jakby była ciut wyższa temperatura to byśmy gdzieś tutaj się rozłożyli.

Rozpoczynamy drugi dzień

Po około czterech kilometrach dochodzimy do miejscowości Podlesie. Tam wita nas asfalt, z którym musimy się zaprzyjaźniać przez przeszło dwa kilometry. Za to przynajmniej szybko docieramy do Kakonina. Po drodze, jakieś pół kilometra przed wspomnianą miejscowością, spotykamy gościa, który rozwozi chleb. Jest wczesna godzina, więc akurat jest ta pora, o której można go spotkać. Podchodzimy i szok. W dostawczym samochodzie nie tylko chleb. Możemy kupić różnorakie towary, każdego rodzaju po trochę. Szczerze powiedziawszy robiąc u niego zakupy nawet do sklepu by nie trzeba było chodzić, chyba że po wędliny czy mięso. My jednak wzięliśmy chałwę, drożdżówki, zupki chińskie, i kilka słodyczy. Jeśli nie mielibyście szczęścia go spotkać to w Kakoninie też możecie zrobić zakupy. Sklep jest nieopodal zabytkowej chałupy. Chyba, że już zrobiliście dnia poprzedniego w sklepie przy drodze Huta Szklana – Huta Podłysica.

W Kakoninie

Wspomniana chałupa jest prawdopodobnie jedną z ostatnich zabytków drewnianych architektury wiejskiej, które pozostały jeszcze na terenie Gór Świętokrzyskich. Do tej pory obiekt przenoszono dwa razy. Mijamy go po jego prawej stronie zaraz obok ogrodzenia i przy okazji brudzimy sobie buty w błotku. Stajemy przed wejściem do Świętokrzyskiego Parku Narodowego.

Wejście do parku narodowego

Szybciutko zdobywamy wysokość, zresztą i tak lekko się nam idzie, bo nie jest stromo. Dochodzimy na Przełęcz Świętego Mikołaja 544 m n.p.m. Tu jemy śniadanko na drewnianych ławeczkach. Cisza, cisza i cisza. Tylko słychać śpiew wiosennych ptaków. Na przełęczy stoi kapliczka z drewnianą figurą św.Mikołaja. Uznawany jest on za patrona podróżnych, a także obrońcy przed dzikimi zwierzętami. Kiedyś w tym miejscu było strasznie niebezpiecznie i dlatego ją tutaj postawiono. Tą, którą możemy podziwiać ma równe 20 lat. Wcześniejsza, która została wybudowana w 1876 roku, uległa spaleniu.

Kapliczka św.Mikołaja

Od tej strony już kiedyś szliśmy, więc teren nam jest znajomy aż na sam szczyt. Atakujemy go idąc przez nienazwany szczyt mierzący 547 m n.p.m., Przełęcz Kakonińską 520 m n.p.m. i Agatę 608 m n.p.m. Odcinek ten można powiedzieć, że się ciągnie. A może przez tę pogodę nam tak się wydawało, bo wcale długi nie był. Za to mogliśmy przez ten czas nawdychać się czystego, mocnego zapachu Puszczy Jodłowej, rozsławianej przez Stefana Żeromskiego w swoich dziełach. W sumie występująca tutaj puszcza jest unikatem w skali światowej, dlatego że spotkamy ją tylko w Polsce i to w największej ilości właśnie w Górach Świętokrzyskich i na Roztoczu. Prezentuje się tutaj wybornie, dlatego że nie jest tknięta przez człowieka. Rośnie sobie jak chce, oczywiście jak najbardziej dziko.

Droga na Łysicę
www.mynaszlaku.pl
Droga na Łysicę

I tak… Jesteśmy, dotarliśmy… Cóż za niezwykłe wydarzenie. Stanęliśmy na najwyższym szczycie królestwa Gór Świętokrzyskich – Łysicy, która mierzy aż 612 m n.p.m. i zaliczana jest jako ostatni szczyt do Korony Gór Polskich. Przecież dotarcie tu to nie byle co. Wyobraźcie sobie, że szczyt ten mierzący aż tyle, będzie uznany jako najwyższy w całej wyprawie w ramach projektu „Małe jest piękne”. Niestety nie mamy ze sobą szampana, aby uczcić to wydarzenie. Jednak podkowiec mały nadrabia wszystko – przeczytajcie (TUTAJ).

Na Łysicy
www.mynaszlaku.pl
www.mynaszlaku.pl

Długo tu nie bawimy tylko zabieramy się do wędrówki dalej. W piątkę nie jest łatwo, zwłaszcza, że dwóch przyjaciół muszę nieść na plecach. Mateusz się urządził, wziął tylko jednego – to mu łatwiej. Tak to jest maszerować w piątkę. Zaraz przy schodzeniu ze szczytu mamy okazję do oglądania okazałego gołoborza, kolejnej atrakcji jaką może cieszyć się ten Park Narodowy. Skalne wysypisko to nic innego jak bloki kambryjskiego piaskowca kwarcytowego. Przechodzimy obok niego i próbujemy powoli schodzić w dół.

Gołoborze na Łysicy

Niewygodnie jest schodzić z obciążeniem, a tym bardziej, kiedy to cały czas trzeba uważać na rozrzucone, śliskie kamienie. Ciekawostką jest to, że liczą sobie prawdopodobnie 500 mln lat. Odcinek ten naprawdę jest stromy, ale tylko do kapliczki św. Franciszka, później już jest dość fajnie. Wspomniana kapliczka pochodzi z XIX w., a obok niej znajduje się ogrodzone źródełko tego samego świętego. Wokół tego miejsca porobione są ławki, na których można chwilę odpocząć.

Kapliczka św.Franciszka
I źródełko 🙂

Idziemy dalej i za niedługi czas dostrzegamy kasę biletową i piękną kobietę, która pobiera opłaty. Niestety na marne idą gadki, że my jednak wychodzimy z parku, że jest nam ciężko, czy jednak może idący turyści Głównym Szlakiem Świętokrzyskim mają np. darmowe przejście. Niestety musimy uiścić kasę za bilety. Ceny tutaj są dość wysokie – 7 zł normalny i 3,50 ulgowy, ale za to można maszerować sobie po wszystkich płatnych szlakach i mamy wejście na galerie widokową nad gołoborzem na Łysej Górze w ten sam dzień. My oczywiście kończymy spotkanie ze Świętokrzyskim Parkiem Narodowym. Znajdujemy się praktycznie na obrzeżach Świętej Katarzyny i nawet opuszczamy miejscowość, bo skręcamy w lewo. Wychodzimy dość wysoko, docieramy na parking, na którym większość osób się zatrzymuje i ogląda okazałe widoki.

Pomnik upamiętniający bohaterów z czasów II wojny światowej.

Za niedługo skręcamy w prawo na Krajno Pierwsze i maszerujemy chwile asfaltem. Mijamy wyciąg narciarski i dostrzegamy też nieopodal sklep. Tam kupujemy kolejny serek, pomidory, lody. Rozkładamy się na przysklepowym stoliku i jemy pyszne kanapeczki.

Przez pola

Idziemy cały czas prosto pomimo, iż droga asfaltowa dość ostro skręca w prawo. Tutaj zauważyliśmy, że brakuje znaku ale, aby się nie zgubić to najlepiej nigdzie nie skręcać. Dalej dreptamy łąką i miedzą. Dochodząc do lasu skręcamy za drogą w lewo. Ona nas wyprowadza na Wymyśloną 415 m n.p.m., na której także możemy oglądać skały kambryjskiego piaskowca kwarcytowego. Kto tu będzie to zobaczy piękny widok na Dolinę Wilkowską i Pasmo Klonowskie.

Szczyt Wymyślona

Lecimy dalej, szybciutko na Radostową 451 m n.p.m. zboczem mniej zalesionym. Mijamy się z jakimś biegaczem, krótka wymiana zdań i przed siebie. Na tym szczycie mamy na swoim koncie 50,5 km, czyli już prawie połowę trasy, a jest już południe.

Na Radostowej

Schodzimy powoli do miejscowości Ameliówka, następnie idziemy kawałek asfaltem, a zarazem najpiękniejszą doliną królestwa Gór Świętokrzyskich – Przełomem Lubrzanki 270 m n.p.m. Z jednej strony mamy Radostową 452 m n.p.m., a po drugiej Dąbrówkę 440 m n.p.m. Będąc w dolinie stoki gór w pobliżu, które mają 170 m przewyższeń więcej, działają tak, iż nawet w upalny dzień czujemy tutaj chłodny powiew powietrza. Jest to bardzo urokliwe i piękne miejsce. Należy uważać, żeby nie przeoczyć momentu, kiedy szlak skręca. Szczerze powiedziawszy szlak został niedawno odmalowany i nie ma z nim żadnych problemów, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże. A co niektórych samo wejście też… Po pierwsze włożona jest blokada, aby nikt zmotoryzowany się nie przedostał. Po drugie wszystkie drzewa w odległości kilku metrów są zabarykadowane jakimiś metalowymi drutami. No oczywiście, kto jest wysoki nie ma problemu. Ja, niska z ciężkim plecakiem mogę sobie najwyżej próbować 1000 sposobów jak przejść.

???

Skoro już jakoś się udało przejść, cudem. To przed nami wyrasta taka góra, że aż człowiek by się nie spodziewał. Normalnie pionowa. Następnie spacerkiem maszerujemy do Diabelskiego Kamienia. Do niego co jakiś czas kierują nas tabliczki. Na miejscu można podziwiać skały. My siadamy na ławce obok tablicy z mapą. Jednak stwierdzamy, skoro mamy już około dwadzieścia pięć kilometrów w nogach to czas na odpoczynek. Rozkładamy maty i wygodnie sobie leżymy spoglądając na papierową mapę i dzisiejszą trasę. O dziwo mijają nas turyści. Jedni to nawet idą bez plecaków.

Diabelski Kamień
A po drodze

Dalej laskiem docieramy do platformy widokowej pod szczytem Klonówka 473 m n.p.m. W sumie obok niej takie same widoki jak u góry, więc nie wychodzimy :).

Platforma widokowa pod Klonówką

Następnie idąc szlakiem omijamy wyżej wspomniany szczyt z prawej strony. Idziemy chwile po łąkach, otwartymi terenami. Pięknie tutaj jest. Następnie przechodząc asfaltem przez miejscowość Masłów Pierwszy mijamy remizę i podchodzimy do kościoła. Postanawiamy zejść do miejscowości, aby zaopatrzyć się w jakiś prowiant i wodę. Sklep jest nieopodal szkoły. Później już nie wracamy nad kościół tylko kierujemy się od sklepu w prawo i na skrzyżowaniu skręcamy w lewo.

Kościół w Masłowie Pierwszym

Za kilka kroków przychodzą znaki czerwonego szlaku, którym dreptamy cały czas. Oczywiście idziemy przez otwarte łąki i już widzimy następny szczyt jaki mamy do zdobycia tego dnia. Mowa tutaj o Domaniówce 418 m n.p.m., która jest cała zalesiona, w partii szczytowej udaje nam się rozpoznać drzewa dębowe. Lecimy dalej obchodząc Białą Górę 386 m n.p.m. Dochodzimy do miejscowości Koszarka, siadamy przy sklepie, jemy owoce i lody. Cóż, patrzymy na mapę i okazuje się, że jedynym rozwiązaniem to spanie w namiocie w okolicy Sosnowicy 413 m n.p.m. przed Tumlinem. No to czym przejdziemy dzisiaj więcej, tym jutro będziemy mieć mniej.

Wyjście na Domaniówkę
Widok na Masłów Pierwszy

Schodzimy szlakiem do drogi krajowej numer 73. Bezpiecznie przez nią przechodzimy i idziemy obok niej chodnikiem za ścianą wygłuszającą hałas. Dziwimy się jak ludzie mogą tu mieszkać. Jak dla mnie to tragiczne miejsce, zbyt głośno, bo cały czas jeżdżą tiry i autobusy. My za wiele tego nie słyszymy, bo skręcając w lewo wchodzimy w las. Świeci nam słoneczko, jest duszno od unoszącej się mgły, a nawet za moment pada lekko deszcz. Przechodzimy jakoś szczyt Sosnowiec. Oj, tutaj to nam towarzyszą dopiero niezłe bagna, które trzeba omijać. Udaje się nam i trafiamy na przejście nad drogą ekspresową S7. Maszerujemy chwilę laskiem i docieramy do asfaltu nieopodal szczytu Krzemianka 385 m n.p.m.

Przejście nad drogą ekspresową

No i nam się dostało. Ponad kilometrowy odcinek asfaltem, który jest dla nas nieprzyjazny. Można dostać jednak szału i wyjść z siebie. Zwłaszcza, że albo nikt nie jedzie, albo jedzie i mija się centralnie obok nas. Jednym wyjściem to chyba chodzić fosą. Jakoś dało się wytrzymać nerwowy odcinek i szybko skręcić w las w okolicy wspomnianej Sosnowicy 413 m n.p.m.. Idziemy jakieś jeszcze półtora kilometra i rozbijamy się w lesie obok wiaty turystycznej.

Nasz obóz

Świt zaczął się od składania namiotu. Całkiem go nie rozbijaliśmy, więc szybko został złożony. Co się okazało rozbiliśmy się, gdzieś niedaleko drogi, która jest w przysiółku Jaworznia w Tumlinie – Węgle. W miejscowości przechodzimy przez tory i maszerujemy między zabudowaniami. Od samego rana ruch na drodze, bo dzieci do szkoły, a dorośli do pracy. My oczywiście spokojnie przed siebie. Wiemy, że tego dnia kończymy wędrówkę w Kuźniakach. Tak sobie idziemy, gadamy i nagle Mateusz mówi:

– „Spójrz, tam jest waga sklepowa, ale to raczej nie sklep, bo nie ma szyldu i coś ciemno.”

Ja, oczywiście oglądam się za siebie i mówię do niego:

– „Co Ty. To musi być sklep, bo jakieś towary widzę na półkach. Poczekaj sprawdzę, bo i tak mają furtkę otwartą.”

I wiecie, że jak otwarłam drzwi to zobaczyłam uśmiechniętą sprzedawczynie za ladą. Kupiłam co trzeba nam było i zadowolona wróciłam na drogę. Prawdę mówiąc to nam się udało, bo dalej już sklepu spożywczego nie było. Przechodzimy obok kościoła i dwóch kwiaciarni zlokalizowanych przy cmentarzu, a następnie koło szkoły na druga stronę. Znaki kierują nas gruntową drogą na Grodową 395 m n.p.m. Na stokach góry znajduje się czynny kamieniołom, gdzie wydobywa się tumliński piaskowiec, który służy do produkcji schodów, nagrobków czy wyrobu chodników. Tutaj na szczycie jest odpowiednie miejsce, żeby zjeść śniadanie. To jest prawdziwa uczta, a to dlatego, że jemy gorące zupki chińskie z kanapkami z serem i pomidorem. Wyborne! Mmm, pycha. Takie dobre, że ciężko było wstać i iść dalej. Gotujemy na naszej małej kucheneczce.

Kapliczka na Grodowej

Siedzimy na małej polance na schodzie murowanej kapliczki pw. Przemienienia Pańskiego z 1850 roku. Wcześniej w tym miejscu stała drewniana kapliczka, która zbudowana została dla upamiętnienia bohaterskich obrońców z 1655 roku, odpierających wojska szwedzkie.

Jemy 🙂

Plecak na plecy i w drogę. Dreptamy chwilę po prostym, a następnie odbijamy w lewo i schodzimy do miejscowości Tumlin Podgrodzie. Wzniesienia są dość niskie, więc zejście nie trwa długo, zwłaszcza że stok po tej stronie jest dość mocno nachylony. Idziemy utwardzoną drogą, następnie przechodzimy przez główną w tej miejscowości. Potem idziemy prosto i po prawej mamy las, zaś po lewej łąki. Piękne i widokowe tereny.

Tumliński las

Wspinamy się dość ostro na kolejny szczyt Wykleń 401 m n.p.m. przechodzimy przez niego i schodzimy w dół. Następny to szczyt Kamień 399 m n.p.m., którego pokrywają wychodnie skał dewońskich. To jest coś niezwykłego, co możemy spotkać właśnie w paśmie Wzgórz Tumlińskich. Niestety nie zobaczymy stąd widoków, bo szczyt ten jak i poprzedni jest całkiem zalesiony. Pogoda dziś jest lepsza i nawet świeci słońce. Przebłyski między drzewami dodają uroku ścieżkom, którymi maszerujemy. Schodzimy do miejscowości Ciosowa i przechodzimy przez drogę krajową nr 74. Idziemy chwile z nią, a następnie skręcamy w boczną w lewo. Długo z nią nie idziemy, bo znaki kierują nas na kolejny szczyt w prawo. Mateusz, który idzie pierwszy krzyczy, żebym szybciej szła, bo bardzo piękną jaszczurkę widzi. Ja idąc normalnie podchodzę do niego, a to się okazuje, że to wąż. Oczywiście głośno piszcząc uciekłam spory kawałek. Czasem głupie żarty go cieszą, chociaż wie, że panicznie boje się węży.

Główny Szlak Świętokrzyski

Wchodząc na szczyt Ciosowej 365 m n.p.m. mamy widok na czerwonego piaskowca triasowego, niegdyś tutaj był kamieniołom, a teraz jest to chronione jako pomnik przyrody nieożywionej. Niektórzy wykorzystują odsłonięte skały piaskowca do wspinaczki skałkowej. Z tego szczytu mamy w końcu widoki.

Na Ciosowej
www.mynaszlaku.pl

Idziemy dalej i spacerowo schodzimy z góry do miejscowości Porzecze. Przy głównej drodze jest sklep, więc tam się zatrzymujemy. Sprawdzamy jeszcze Internet i próbujemy dzwonić do kobietki w Kuźniakach, aby ewentualnie zaklepać sobie nocleg. Dzwonimy i niestety nie odbiera. Wybieramy już chyba szóste połączenie i nic. No to może zły numer podany. Obdzwoniliśmy punkty informacyjne i każdy nas gdzieś kierował. W końcu po telefonie do gminy udało nam się zdobyć numer telefonu do sołtysa wsi. O to jak tak to super, on będzie wiedział co się na wsi dzieje. Dzwonimy też do niego ze dwa razy, na darmo. Nie odbiera. A mówię dobra może oddzwoni, bo może ma jakieś spotkanie. Dajemy spokój i kontynuujemy dalej wędrówkę. Skręcamy w lewo i tam drogą między polami udajemy się na Baranią Górę 427 m n.p.m. Mijamy gospodarstwa, pozdrawiamy jednych gospodarzy, którzy na nowo budują kapliczkę. Dość się śpieszą, bo ładna pogoda i chcą mieć ją gotową pewnie przed majem.

Patrzymy za siebie 🙂

Ucinamy z nimi, krótką pogawędkę. Okazuje się, że nawet troszkę znają sądeckie tereny. Tuptamy dalej, najpierw po utwardzonej drodze kontynuujemy wędrówkę, a następnie po leśnej ścieżce. Pniemy się lekko w górę, aż docieramy na szczyt Baraniej Góry 427 m n.p.m. Tabliczki i wieży nie ma – ha!. No tak i nawet las szybko tutaj się zrobił. Nie dziwcie się, sami byliśmy w szoku. Przecież nie tak dawno byliśmy i oglądaliśmy widoki, a tu taka sytuacja.

www.mynaszlaku.pl

Tutaj rozpoczyna się szlak czarny, który prowadzi do Oblęgorka. My jednak nie kusimy się, aby zejść do miejscowości i zobaczyć Pałacyk Henryka Sienkiewicza, który jest wpisany na listę zabytków nieruchomych. Jesteśmy coraz bliżej celu. Mamy jeszcze jakieś 10 kilometrów do Kuźniaków przy założeniu, że szlak ma jednak 105 km. Tuptamy sobie dalej i za kilkanaście minut przechodzimy przez wioskę Widoma. Na drogę główną skręcamy w prawo, a za moment w lewo i kierujemy się na Siniewską Górę 449 m n.p.m., następnie na szczycie obracamy się o 90 stopni w lewo i schodzimy do długo wyczekiwanego miejsca.

Coraz bliżej 🙂

Tuż pod stokiem Siniewskiej Góry 449 m n.p.m. została postawiona ciekawa platforma, z której widoki są wręcz wyborne. Ach te krajobrazy. Sami zobaczcie. Dla ciekawskich i daleko obserwujących mamy super wiadomość. Można stąd ustrzelić Tatry przy bardzo dobrej widoczności. Odległość ich od nas to okolice 200 km, a Babiej Góry w Beskidzie Żywieckim jakieś niecałe 170 km.

Platforma widokowa
Takie widoki

Odpoczywamy trochę i ruszamy dalej przez las. Docieramy do drogi i już buźki nam się cieszą. Do Kuźniaków coraz bliżej. Ruszamy z kopyta na Perzową Górę 396 m n.p.m. początkowo przez łąkę, później jakoś stromiej na szczyt. Na nim znajduje się rezerwat przyrody Perzowa Góra, na którego terenie spotkamy bloki skalne piaskowca triasowego. Na samym szczycie utworzył się mur skalny osiągający nawet wysokość 6 metrów. W najwyższej jego części została sztucznie powiększona jaskinia, w której aktualnie znajduje się kapliczka Św. Rozalii.

Widok na miejscowość Hucisko
Na Perzowej Górze
Perzowa Góra zdobyta 🙂

Przechodzimy po skalnych kamieniach między skałami na najwyższy punkt i zaczynamy zejście. No nieprzyjemna sprawa. Stok jest dość mocno nachylony i z obciążeniem na plecach bardzo niewygodnie się schodzi. Pomalutku i się udaje. Idziemy dość szeroką trawiastą drogą. Wchodzimy na ostatni szczyt na Głównym Szlaku Świętokrzyskim na Kuźniacką Górę 366 m n.p.m (wg innych źródeł 345 m n.p.m). Na stokach tej góry znajduje się blok skalny, którego powierzchnia skalna stanowi lustro tektoniczne. W Górach Świętokrzyskich nie jest to częste zjawisko, w sumie najliczniejsza liczba luster znajduje się w Tatrach. Tak blisko już mamy do końca, bo zaledwie kilometr.

Kuźniaki!!!

Najpierw łagodnie schodzimy lasem, a następnie przez łąkę i utwardzoną drogę dochodzimy do Kuźniaków. Pogoda jest piękna, słońce zbliża się ku horyzontowi. My robimy sobie zdjęcia przy tablicy kończącej długodystansowy szlak.

To już jest koniec 🙂
Ufff

Idziemy do sklepu, kupujemy jakieś jedzonko i… Aha zapomniałam Wam napisać. Co do telefonu do noclegu. Oczywiście wykonaliśmy jeszcze kilka i do samej właścicielki, a także do zapracowanego sołtysa i nic. W sklepie pytamy, kasjerka jest przyjezdna i ona nic na temat noclegów nie wie. No to co nam pozostaje. Podejść do właścicielki, skoro prowadzi cały rok swoją agroturystykę to może akurat będzie miała dwa łóżka. W Internecie na jednych stronach jest informacja, że obiekt całoroczny na innych, że sezonowy. Jest godzina 18. Zaczyna się robić ciemno. Idziemy do kwatery Pani Aliny Kurdek / Kuźniaki 47. Dzwonimy do drzwi, otwiera młoda kobietka i mówi, że noclegi są, ale tylko w sezonie. Pytamy czy może mają akurat wolny pokój, a ta, że nie. No to pięknie. Ciekawe co teraz zrobimy. Mówimy, że ciemno już się robi, a ta patrzy na nas jak gdyby nigdy nic. Przecież widzi jaka sytuacja. Pytamy o coś w pobliżu i okazuje się, że w Strawczynie – 8 kilometrów dalej jest PTSM… OOO jesteśmy uratowani. Bus tam jedzie za 20 minut. Lecimy na przystanek. Dzwonimy ale nikt nie odbiera, okazuje się, że też jest sezonowe… No to nas babka wyprawiła. Ważne, że z jej podwórka się oddaliliśmy. Szybkie zebranie myśli i jedziemy do Kielc. W autobusie będziemy szukać w telefonach numerów do jakichś noclegów… Szkoda, że właściciele kwater najpierw podają na różnych stronach, że obiekt całoroczny, a jak przyjdzie co do czego do jest tylko sezonowy, a telefon nawet nie odpowiada…

Tym sposobem zakończyliśmy Główny Szlak Świętokrzyski. Zmęczeni jechaliśmy do Kielc, a w kolejnym dniu mieliśmy wejść już na Szlak Orlich Gniazd.

Tutaj jeszcze piec hutniczy w Kuźniakach

Serdecznie zachęcamy do odwiedzin naszych stron na Facebooku, TwitterzeGoogle+, śledzenia kanału na YouTubie, a także do powracania na www.mynaszlaku.pl. Komentujcie i polecajcie znajomym. Niech oni również dowiedzą się o naszym blogu. Poniżej znajduje się galeria z całego szlaku, więc można już zobaczyć kolejne zdjęcia z następnych dni.

W tej wyprawie wspierał nas sklep górski MOKO, Związek Gmin Jurajskich, a także nasi czytelnicy. Dziękujemy bardzo wszystkim za wsparcie. Tym, którzy nam dobrze życzyli i trzymali kciuki należy się wielkie serducho od nas.

Informacje

* Data wycieczki 11-13.04.2016
* Dystans 100 km wg aplikacji Endomondo
* Czas trwania 33g:28m:17s
* Łącznie w górę 2810 m
* Łącznie w dół 2902 m

Do zobaczenia na szlaku!

2 thoughts on “Główny Szlak Świętokrzyski z Gołoszyc do Kuźniaków w 3 dni

  1. Gratuluję przejścia! 🙂 Ja być może w tym roku także przejdę Główny Szlak Świętokrzyski razem z PTTK. Szykuje się duży rajd zorganizowany. Także fajnie wcześniej coś przeczytać i dowiedzieć się o okolicy

    1. Niedawno wróciłam z Gór Świętokrzyskich po przejściu GSŚ. Zajęło mi to 4 dni, wędrowałam od Kuźniaków do Gołoszyc. Przeglądałam Wasze wpisy przed wyjazdem, aby mieć rozeznanie co mnie czeka 🙂 Dzięki.
      To zresztą nie pierwszy raz, gdy korzystam z Waszych opisów. Jestem w trakcie realizowania Korony Gór Polski i wiele opisów „przedwyjazdowych”, a także dobrych rad i cennych wskazówek znalazłam właśnie na Waszym blogu. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress