Gotowanie w podróży. Kuchenka i inne bajery

Wiele osób szuka informacji jak przygotowywać jedzenie podczas podróży. Jest to temat nierozerwalnie związany z każdą wyprawą. O tym, że jeść trzeba to każdy doskonale wie. Knajpy, jedzenie w kwaterach, a może samodzielne gotowanie? Dla nas to sprawa jasna, że najlepsze jest własne jedzenie, chociaż czasem kusi nas zamówienie pizzy. Był taki czas, że zdecydowaliśmy się na zakup turystycznego sprzętu do gotowania, aby jeść ciepłe posiłki na szlaku. Co wybraliśmy? Napiszę to na przestrzeni krótkich i długich wypadów w nasze polskie góry. Tekst przygotowaliśmy przy współpracy z firmą Addnature, u której na stronie internetowej możesz znaleźć naczynia i sztućce turystyczne, a także inny sprzęt turystyczny.

Na początku naszych wypraw nie zwracaliśmy uwagi na to co pakowaliśmy do plecaków. Zabieraliśmy co popadnie z domu i w drogę. Przeważnie robione kanapki czy bułki, później zamieniliśmy to na: bochenek chleba, trochę szynki i butelkę wody mineralnej. Jednak po upływie czasu przekonaliśmy się, że nie tędy droga. Podróżując coraz więcej w różne miejsca musimy i chcemy się lepiej odżywiać. Do naszego plecaka zaczęliśmy wrzucać jakieś owoce, warzywa, trochę słodyczy na nagły wypadek, butelkę wody oraz herbatę w termosie. Taki ekwipunek można było zaliczyć, że był on naszym podstawowym i na wycieczki jednodniowe wystarczał w zupełności. Wraz z wyruszeniem na wyprawy kilkudniowe stwierdziliśmy, że trzeba jeść w drodze coś ciepłego, a nie zawsze na trasie są obiekty gastronomiczne. Poszperaliśmy w Internecie, przeczytaliśmy porady innych podróżników i natrafiliśmy na kuchenkę, która wydawała się spełniać nasze potrzeby. Była lekka, wydawała się łatwa w obsłudze, bezpieczna i oczywiście w dobrej ofercie cenowej. Co jak co, ale samodzielne gotowanie to oszczędność kilkunastu złotych dziennie. Kuchenkę łatwo można połączyć z kartuszem gazowym różnej mocy. Po prawidłowym podłączeniu gazu do kuchenki w bardzo łatwy sposób można ją swobodnie i szybko rozłożyć praktycznie w każdym miejscu i od razu stawiać naczynia z przygotowanymi składnikami na posiłek. Zakupiliśmy i zabieramy ją dość często. Fantastycznie sprawdziła nam się w wielu przypadkach.

Pierwszy to oczywiście nasz najdłuższy wypad w życiu, czyli połączenie Głównego Szlaku Świętokrzyskiego z Szlakiem Orlich Gniazd. Sumując kilometry to było ich blisko 260. To przez ten wyjazd zabakcylowaliśmy w sobie kuchenkę turystyczną i ciepłe posiłki. Sprawdziła się świetnie, a to dlatego że nasze plecaki na takich szlakach nie ważą piórka. Kuchenka była lekka i sprawnie się z nią obchodziliśmy. Na początek przerwy szybko ją rozkładaliśmy i gotowaliśmy wodę w kubkach ze stali nierdzewnej, a następnie szukaliśmy w plecakach składników do jedzenia. Mieliśmy przygotowane wcześniej w domu gotowe zupy i drugie dania, które wystarczyło odgrzać. Tak się do niej przyzwyczailiśmy, że zabieraliśmy ją już też na krótkie wycieczki i gotowaliśmy sobie nasze ulubione jedzenie. Był dość zimny poranek, więc przyrządziliśmy sobie śniadanie na Hali Stoły. Było przyjemne słońce, jednak odczuwaliśmy tatrzańskie chłodne, poranne powietrze. Bardzo nam się przydała, bo gorące jedzenie nas porządnie rozgrzało od wewnątrz. Tym sposobem mogliśmy dłużej nacieszyć oko pięknymi krajobrazami. Wiele razy zabieraliśmy sprzęt też na wschody słońca. Trzeba wstać dość wcześnie, a dodatkowo na dany szczyt trzeba iść na nogach. Czasem jest to krótszy odcinek, a czasem dłuższy. Planując wypad zawsze mamy w zapasie trochę czasu poślizgu i przeważnie musimy go odstać na szczycie, a tam człowiek wyziębia się szybciej. Jest mniejszy ruch i ciepło ucieka. Warto też zwrócić uwagę na sztućce jakie zabiera się ze sobą. My oczywiście kompletując zestaw do jedzenia zakupiliśmy sobie składane łyżko-nożo-widelce :D. Może brzmi dziwnie, ale się sprawdza. Zajmują mało miejsca, są lekkie i idealnie nadają się do naszych kubków.

W tym roku jak już wiecie będziemy wędrować z małym dzieckiem. Przez okres ciąży zrezygnowaliśmy z niezdrowego jedzenia jakim są ekspresowe zupki. Zostaliśmy przy gotowych daniach zabieranych z domu. Tegoroczne wędrówki wymagają zmiany w naszym plecaku. Będziemy musieli sobie poszerzyć nasze wyposażenie turystycznej kuchni. Przy Mai koniecznie rozglądniemy się za jakimiś pojemnikami turystycznymi, w których będziemy przechowywać zupki dla niej i przy okazji dla nas. Ale jak wiadomo wycieczki będą krótsze i dłuższe. W tym momencie nie wiemy co nasze dziecko będzie lubić, ale myślę że jeśli będzie taki żarłoczek jak ja i będzie tyle jadła na szlaku to tego jedzenia może nam braknąć. Być może to będzie jakiś termos, który utrzyma nam ciepłe jedzenie, ale nie jest to konieczne. Zastanawiam się nad zakupem naczyń, z których będziemy jeść. Znalazłam bardzo fajny zestaw naczynia kempingowe składający się z kilku części. Jest to Delta Camp, który może nam towarzyszyć zarówno na śniadanie, obiad czy kolację w górach. Składa się z talerza, miseczki i kubku wraz z 3 częściowym zestawem sztućców ? tym właśnie łyżko-nożo-widelcem. Wszystko to można po umyciu schować do dołączonej siatki, więc na wyprawy będzie idealny, a to dlatego że będzie sobie schło na spokojnie. Przy dziecku wydaje mi się, że nam się to sprawdzi. Ale nawet pisząc to teraz pomyślałam sobie, że będzie to dobre na szlak długodystansowy, nawet na Główny Szlak Beskidzki mierzący 500 kilometrów.

Wraz z wycieczkami na ten rok musimy pomyśleć o ścierkach bawełnianych do przechowywania owoców i warzyw dla naszego dziecka. Oczywiście Maja będzie miała kilka miesięcy, więc trzeba jej dawać najlepsze jedzenie na świecie. Początkowe wypady będą przypominać pewnie pikniki, ale z upływem czasu będą zamieniać się coraz w dłuższe wyprawy. A jak u Ciebie wygląda sprawa ciepłego jedzenia? Czy korzystasz z takiego wariantu jedzenia, który przygotowujesz sam na trasie? Z czego korzystasz przy małych dzieciach? Podziel się swoimi uwagami. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *