Małopolskie,  Szlaki długodystansowe,  Śląskie

Szlak Warowni Jurajskich – opis przejścia z Mstowa do Rudawy

Rok 2017. Ruszamy na Jurę! Taka myśl przyświecała nam, gdy pakowaliśmy się do autobusu relacji Kraków – Częstochowa w poniedziałek 24 kwietnia o godzinie 8:20. Dla tych, co jeszcze nie wiedzą, to właśnie wróciliśmy z Jury Krakowsko-Częstochowskiej, przez którą wędrowaliśmy Szlakiem Warowni Jurajskich z Mstowa koło Częstochowy do Rudawy pod Krakowem. Zajęło nam to 5 dni. Według danych szlak ten mierzy 152 kilometry, a z Endomondo wyszło nam, że zrobiliśmy dokładnie 172 kilometry. 

Przejście Szlaku Warowni Jurajskich

Z Krakowa wyjechaliśmy o 8:20. W Częstochowie zameldowaliśmy się o 10:50. Wymęczyliśmy się w busie niemiłosiernie, zwłaszcza że kierowca nie włączył radia prawie przez całą drogę. W Częstochowie ruszyliśmy na dworzec PKS, żeby dojechać do Mstowa. Dopiero o 11:30 wyruszyliśmy na początek szlaku. Udało się zakupić płaszcz przeciwdeszczowy w budynku dworcowym, bo środa ma być niespecjalna pogodowo. Tradycyjnie wszyscy dziwnie patrzyli na nas, widząc na plecach duże plecaki, a w rękach kijki. Dalej zastanawiamy się, czemu wzbudza się takie zainteresowanie wśród zwykłych osób. Przecież wiele turystów przez Częstochowę się przewija.

Mstów – spotkanie z przewodniczącym Związku Gmin Jurajskich

O 12:05 dotarliśmy do Mstowa. Na pierwszy rzut oka miejscowość niczym się nie wyróżniała. Poza klasztorem na wzgórzu nic specjalnego tam nie zauważyliśmy. Na początku naszej jurajskiej przygody mieliśmy się spotkać z Panem Adamem Markowskim – Zastępcą Wójta Gminy Mstów, a zarazem przewodniczącym Związku Gmin Jurajskich, który był naszym oficjalnym patronem podczas wędrówki. Skierowaliśmy się zatem do gminy, gdzie zostaliśmy ugoszczeni ciepłą herbatą i dowiedzieliśmy się co nieco o Szlaku Warowni Jurajskich, ale także o samej miejscowości Mstów, w której jesteśmy. Okazuje się, że to niepozorne miasteczko kryje w sobie wiele tajemnic i atrakcji.

Zwiedzanie Mstowa

Po pobycie w budynku gminy opuszczamy ją i ruszamy na krótkie zwiedzanie. Z Urzędu Gminy, który jest położony naprzeciwko klasztoru, idziemy w kierunku Góry Szwajcera i zalewu. Od początku widzimy ciekawe tablice znajdujące się na “Szlaku Śladami Przeszłości”. Tablice te ukazują nam Mstów (dawniej Wancerzów) z odległych lat. Można porównać sobie aktualną sytuację, z tym co było tutaj kiedyś. Na tej tablicy mamy przedstawiony Dwór w Wancerzowie. W najbliższej okolicy jest plac zabaw dla dzieci, wiata turystyczna i kamień, na który można się wspiąć.

Skała Miłości we Mstowie

Drogą ułożoną z kamieni zmierzamy w trójkę pod Skałę Miłości – jedną z głównych atrakcji okolicy. Wiele zakochanych par przychodzi pod nią, żeby zrobić sobie zdjęcie. Skała Miłości we Mstowie należy do grupy ostańców. Zajmuje okazałe miejsce, bo tuż nad rzeką Wartą i pod wzgórzem Szwajcera. Wokoło niej mamy rozwiniętą infrastrukturę turystyczną. Kawałek dalej jest kąpielisko z plażą i małym molo. Temu wszystkiemu towarzyszą altanki, miejsca na ogniska, place zabaw i punkty widokowe.

Na jeden z takich punktów się udajemy. Schodami wychodzimy nad Skałę Miłości, a dalej na Szwajcerę. Z najwyższego punktu wzgórza rozciąga się szeroki widok na Mstów i okoliczne wioski. Najbardziej okazale prezentuje się klasztor – czyli pierwsza warownia jurajska na naszym szlaku. Schodzimy w dół terenem, który w zimie zamienia się w snowpark. Kierujemy się teraz do ostatniego punktu naszej wycieczki krajoznawczej.

Mstów – początek Szlaku Warowni Jurajskich

Pierwotnie początek szlaku był w na mstowskim rynku. Teraz jest on przy pierwszej warowni jurajskiej. Warownia to późnobarokowy kościół Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny z pierwszej połowy XVIII wieku, wielokrotnie niszczony i odrestaurowany. Obok położony jest klasztor kanoników regularnych laterańskich z XV wieku, barokowy z fragmentami gotyckimi, kilkakrotnie przebudowywany.

Kościół i klasztor otoczone są murem obronnym z dziewięcioma basztami z XVII wieku w dość dobrym stanie. Przed wejściem znajduje się pierwsza tablica Szlaku Warowni Jurajskich, kierunkowskaz z ilością kilometrów do zakończenia, czyli do Rudawy, a także kropka informująca o początku szlaku.

Żegnamy się z Panem Adamem Markowskim, włączamy Endomondo i ruszamy przed siebie. Schodzimy schodami w dół do drogi głównej. Przechodzimy przez nią i dalej nad mostem łukowym nad rzeką Wartą. Między uliczkami Mstowa wchodzimy na rynek, na którym stoi olbrzymie jabłko. Jest to symbol tego miasteczka. Dorocznie odbywa się tam Święto Kwitnącej Jabłoni, czyli tak samo, jak u nas w Łososinie Dolnej lub Łącku.

Odcinek Mstów – Małusy Wielkie

Przez Mstów przebiega także Szlak Jury Wieluńskiej na Wyżynie Woźnicko-Wieluńskiej. Szlak prowadząc przez tereny Załęczańskiego Parku Krajobrazowego łączy dwa miasta: Częstochowę i Wieluń. Szlak cały czas chodnikiem wyprowadza nas z centrum. Po prawej stronie mamy urokliwą kapliczkę. Trzeba uważać na szlak, ponieważ jest tutaj wiele dróg i można źle skręcić.

Ostatnim sklepem po wyjściu z rynku jest Lewiatan na wysokości stadionu. Po 2 kilometrach skręcamy z drogi głównej w prawo. Maszerujemy tuż obok wzgórza nazywanego Małymi Górami. Piękna ścieżka wyprowadza nas przez pola uprawne na sam wierzchołek, z którego rozciągają się okazałe widoki. Stoi tam także samotne drzewo. Sporym mankamentem większości szlaku jest głupota ludzka i wywożenie śmieci, gdzie popadnie.

Schodzimy drogą do wioski Małusy Wielkie. Liczy ona zaledwie 470 mieszkańców. Kilkaset metrów od szlaku znajduje się zabytkowy dwór i pozostałości parku oraz stawów z II połowy XIX wieku. Obecnie mieści się tam zarząd spółdzielni produkcyjnej. Przechodzimy obok kościoła drogą asfaltową, a następnie kilka kilometrów szutrową. W międzyczasie zatrzymujemy się przy stawach rybnych.

W lesie Szyszki widzimy, jak bardzo zostały zniszczone drzewa przez niedawne śnieżyce, które nawiedziły tę część województwa śląskiego. W Turowie Dolnym przechodzimy przez tory kolejowe i kawałek asfaltem pokonujemy odcinek w kierunku sklepu. Tam mamy sklep Lewiatan. Jest on około 200 metrów od szlaku. Tam idziemy na lody, a następnie wracamy na trasę. Po drodze powinniśmy widzieć gdzieś bunkry.

Rezerwat Sokole Góry i Zrębice

Maszerujemy już dobre 10 kilometrów. Z lewej strony okazale wygląda wzgórze Duży Kamień. Po chwili drogi po betonie skręcamy prostopadle w prawo i idziemy przez las Brdza. Tam też jest sezonowy grill prowadzony przy drodze głównej Olsztyn – Janów. Znajdujemy się w pobliżu rezerwatu Sokole Góry.

Na chwilę pojawia się szlak czarny, a za chwilę na dłużej kolor zielony, a także Szlak Świętego Idziego. Docieramy do źródełka świętego Idziego i kaplicy jemu poświęconej. W oddali widać także skałki. W miejscowym kościele w Zrębicach jest także kościół poświęcony temu świętemu, więc wszystko tutaj jest skierowanego w kierunku jego osoby.

Zrębice – Święty Idzi

Święty Idzi to francuski opat z Gallii Narbonensis, święty kościoła katolickiego i prawosławnego, jeden z Czternastu Świętych Wspomożycieli. Wchodzimy do Zrębic i idziemy obok stawu. Dołącza do nas czerwony Szlak Orlich Gniazd. Ten odcinek znamy dobrze z poprzedniego roku. Mija się po drodze niewielkie skałki, a tak to prawie przez cały czas idziemy przez las, bardzo atrakcyjną ścieżką.

Nocleg w Siedlcu

W Pabianicach skręcamy w prawo. Na skrzyżowaniu mamy tabliczki, mapę i krótką modlitwę. Teraz przed nami jakieś 3 kilometry po asfalcie do Siedlca. Słońce ma się już ku zachodowi i maluje różnymi kolorami niebo. Po prawej w oddali w szczerym polu widzimy skałę Garncarzową. Wchodzimy do miejscowości Siedlec.

Okazuje się, że tutaj mamy, aż 4 sklepy. Po drodze na szlaku są 3. Jeśli chodzi o noclegi, to spokojnie coś znajdziemy. Jest PTSM czynne cały rok, a także agroturystyki kilkaset metrów dalej. Tam właśnie kończymy pierwszy dzień na Szlaku Warowni Jurajskich. Na wszelki wypadek wzięliśmy chleb w sklepie, jakby miało nie być kolejnego dnia, bo wiemy, że tutaj o chleb w małych sklepach nie jest łatwo. O godzinie 19 byliśmy już na miejscu. Kolacja, prysznic i do spania. Przed nami w kolejnym dniu było sporo kilometrów. 

Szlak Walk 7 Dywizji Piechoty Wrzesień 1939

Jest godzina 5:00. Schodzimy cicho po schodach na pole, żeby nikogo nie obudzić. (wróć!!! Jesteśmy na Śląsku, także nie wychodzimy na pole tylko na dwór) 🙂 Jest już jasno, dlatego przygotowana wcześniej latarka wędruje do plecaka. Otwieramy furtkę i skręcamy w lewo. Drogą asfaltową przechodzimy jakieś 500 metrów i docieramy do skrzyżowania. W międzyczasie pokazał nam się kościół parafialny. Przyszedł do nas także Szlak Walk 7 Dywizji Piechoty Wrzesień 1939.

Idziemy polną drogą razem ze szlakiem zielonym i ścieżką czerwoną. Najpierw mamy łąki, a następnie lasy. Co jakiś czas możemy oglądać różne formacje skalne. Jakby skupić się tylko na zwiedzaniu skał to zobaczylibyśmy skałę Płaską, Markową, Torkową, Dziurawą, Samcowiznę czy Skorkową. Kolor zielony odbija w lewo, a kilkaset metrów dalej pojawia się szlak żółty Suliszowice – Ostrężnik.

Warownia jurajska w Suliszowicach

Dochodzimy do kierunkowskazu i ostro skręcamy w lewo. Kierujemy się na Ostrężnik. Tutaj, gdzieś powinna być pierwsza tego dnia warownia jurajska w Suliszowicach. Jednak są to tylko pozostałości i ciężko je dostrzec, zwłaszcza że znajdują się one na prywatnym terenie i nie ma możliwości zbliżenia się do nich. Także pierwszą strażnicą obchodzimy się smakiem.

Zamek Ostrężnik

Idziemy chwilę pustym lasem i wchodzimy na asfalt, jednak tylko na kilka minut. Dalej skręcamy w prawo i jesteśmy już na Ostrężnickiej Drodze, a to znaczy, że do Ostrężnika mamy coraz bliżej. Nieco musimy podejść pod górę, aby tam trafić. Pozostałości zamku nie zwiedzamy, ponieważ robiliśmy to podczas marszu Szlakiem Orlich Gniazd. 

Zobacz nasze przejście Szlakiem Orlich Gniazd

Ruiny są nieopodal drogi wojewódzkiej 793. Resztki zamku możemy oglądać jedynie jako skromne fragmenty murów, które nie przekraczają nawet jednego metra wysokości. Ogólnie, aby coś w ogóle obejrzeć trzeba wyjść po zniszczonych schodach. W skale, na której powstawał zamek, znajduje się jaskinia. Dość często odwiedzana przez grotołazów. Za wielu informacji o tym zamku dowiedzieć się niestety nie można. Wiemy jedno, na pewno tutaj kiedyś był.

Skała Wampirek

Schodząc niżej, napotykamy szlakowskazy, tablice informacyjne, wiatę, a nieopodal jest także restauracja Dworek Ostrężnik. Skręcamy w prawo i kontynuujemy asfaltem przez kilka kilometrów. Po drodze mamy skałę Wampirek, ławki i kapliczki. Kilkanaście minut od szlaku znajduje się Pustelnia Ducha Świętego. Widzimy kolejną wioskę, a nad nią kilka okazałych skał. Od razu ochoczo kierujemy się do nich.

Do drugiej tego dnia strażnicy mamy tylko kilka kroków. Jest to strażnica z 2 połowy XIV wieku, bardzo okazała znajdująca się w trudno dostępnym miejscu. Jej zadaniem było zabezpieczenie miejsca schronienia ludności w czasie najazdu oraz kontrolowanie terenów pomiędzy zamkami umieszczonymi przy głównych szlakach handlowych.

Strażnica w Łutowcu

Po asfalcie dochodzimy na miejsce. Skała i pozostałości strażnicy robią na nas ogromne wrażenie. Wchodzimy do lasu i przez dłuższy czas krajobraz nam się nie zmienia. Później jest przejście przez asfalt i kolejna strażnica, tym razem w Łutowcu. Do dziś z łutowieckiej strażnicy obronnej zachowało się niewiele: kilkumetrowy fragment wzniesionego na skale kamiennego muru oraz słabo zaznaczające się w terenie pozostałości wałów i fosy. Pod nią mamy także kilka domów mieszkalnych, agroturystykę i co najważniejsze sklep. Na skale znajduje się metalowy krzyż.

Mirowska Góra

Tutaj robimy sobie przerwę na specjalnie przygotowanych ławkach. Obmyślamy dalszy plan podróży, ponieważ jeszcze mamy przed sobą kawał drogi. Pojawia się przy nas Szlak Zamków. Niebieski kolor prowadzi dalej przez pola i gęsty las. Przed nami dość spore jak na Jurę Krakowsko-Częstochowską podejście na Mirowską Górę. Tuż pod nią jest Jaskinia Kamiennego Gradu. Wejście znajduje się w sporym leju o stromo opadającym dnie.

W najniższym miejscu leja znajduje się zawalisko powstałe prawdopodobnie w miejscu pionowej studni. Do wnętrza jaskini prowadzi zacisk, położony powyżej zawaliska. Za nim znajdują się dwie niewielkie skałki. W pierwszej zachowały się polewy naciekowe i stalagmity; dno drugiej zalegają wielkie bloki. Jaskinia ma charakter zawaliskowy. Dno zalega rumosz i bloki skalne. Zwiedzanie wymaga użycia liny i specjalistycznego sprzętu.

Dalej przecinamy szlak żółty i schodzimy do Ogorzelnika. Tam jest na rogu sklepik, a dalej ktoś z kim chcemy sobie zrobić zdjęcie. Świetnie widać stamtąd także Zamek Bobolice.

Skały Kroczyckie w Rezerwacie Góra Zborów

Wchodzimy do Zdowa i towarzyszy nam rzeka Białka. Przychodzi po raz kolejny Szlak Orlich Gniazd. Znajdujemy się już przy Skałach Kroczyckich w Rezerwacie Góra Zborów. Zaczyna się robić coraz piękniej, a to ze względu na różnego rodzaju skały. Krzyżuje się w tym miejscu wiele szlaków turystycznych. Podlesice, do których następnie wchodzimy, słyną z dużej ilości noclegów po drodze i sklepu, w którym nigdy nic nie ma. 🙂 Chodzi o ten tuż obok skrzyżowania, bo ten kolejny już ma jakiś wybór.

Zamek Morsko

Droga asfaltowa zmienia się w szutrową i prowadzi do Zamku Morsko. Zaczyna kropić, a to znak, że trzeba wyciągnąć płaszcze przeciwdeszczowe i pokrowce na plecaki. Liczyliśmy, że ten dzień uda się skończyć bez zmoczenia, ale jednak niestety. Podobno ma być coraz gorzej z pogodą. Zwiększamy tempo, żeby jakoś dotrzeć pod ośrodek wypoczynkowy, żeby tam się wystroić w kolorowe płaszcze.

Przed nami okazałe ruiny Zamku Morsko. Legendy mówią o skarbie pozostawionym w zamku przez bogatego pana, który wyruszył na wojnę i nigdy nie powrócił, zostawiając swój majątek ukryty gdzieś na terenie warowni. Otoczenie tego miejsca potrafi zachwycić.

Z Morska do Zawiercia

Z Morska do Zawiercia większość drogi prowadzi po asfalcie. Do końca tylko kilkanaście kilometrów. W nogach ponad 30. Ciężko o jakieś widoki, ponieważ przez deszcz zrobiło się mgliście. Przy dobrej pogodzie na tym odcinku można oglądać ciekawe widoki. Schodzimy do Blanowic, a po drodze widzimy wieże 3 kościołów.

Z Blanowickiej Góry świetnie rozciąga się krajobraz na całe Zawiercie. Od samego początku widać, że to dość spore miasto nastawione na przemysł. Na Szlaku Warowni Jurajskich możemy spotkać dwa rodzaje tabliczek – nowe i stare. Te stare pokazują złe czasy, a mapa Compassu, której używaliśmy, też nie ma podanych ani kilometrów, ani czasu przejścia.

Nocleg w Zawierciu

Powoli idziemy przez zawierciańskie obrzeża. Deszcz przestaje padać, co znacznie poprawia nam humory. Naszym celem jest dojście do Ośrodka Sportu i Rekreacji zlokalizowanym tuż przy szlaku. Po drodze do odwiedzenia jeszcze Biedronka, czyli główny sklep turystów. 😛

Idziemy przez uliczki miasta, a ludzie zerkają na nas bardzo dziwnie. W sumie też mamy w głowie myśli, że po co było tyle iść. Po zobaczeniu na telefon okazało się, że pobiliśmy swój rekord w długości marszu. Wyszło dokładnie 48 kilometrów i 200 metrów. W kwaterze jesteśmy po godzinie 18, a zaczynaliśmy o 5 rano. Myć się i spać. W kolejny dzień wcale nie ma mniej kilometrów. 

Szlak przez Zawiercie

Trzeci dzień zaczynamy w kwaterze w Zawierciu. Od samego początku wita nas deszczowa pogoda, czyli prognozy takie, jakie zapowiadali. Wymeldowujemy się i ruszamy w dalszą drogę. OSIR, w którym nocowaliśmy, jest tuż przy szlaku, dlatego od razu wchodzimy na kolor niebieski.

Maszerujemy ulicami Zawiercia i widząc po reakcji przechodniów, wyglądamy co najmniej dziwnie. 48 kilometrów z minionego dnia na razie nie wpływają negatywnie na nasze tempo, chociaż mógłby się już beton skończyć. Przechodzimy na początek obok kościoła pw. św. Apostołów Piotra i Pawła. Robimy zakupy w miejscowym sklepiku. Kierując się na wschód, wychodzimy z terenów zabudowań i wchodzimy do lasu.

Droga do Ogrodzieńca

Tajemniczy las przeprowadza nas do Ogrodzieńca. Po drodze mamy w kilku miejscach dość spore problemy, a to za sprawą dużych bagien, które ciężko ominąć. Buty po przejściu tego odcinka nie wyglądają za wesoło. Konieczne jest, aby osoby, które opiekują się tym odcinkiem, zadbały o jakieś przejście – drewniane kładki, czy coś podobnego. Wystarczy trochę deszczu i odcinek może dla kogoś okazać się zbyt trudnym.

Ogrodzieniec – atrakcje

Wchodzimy na teren Ogrodzieńca. Sklepów znajdziemy tutaj bardzo dużo. Teraz kilka kilometrów musimy pokonać po asfalcie. Po wejściu do Podzamcza skręcamy w prawo do Hotelu pod Figurą. Tam spotykamy się z Robertem Nierodą ze Związku Gmin Jurajskich, który jest głównym patronem naszego przejścia Szlakiem Warowni Jurajskich. Mamy okazję także powiedzieć kilka słów do mikrofonu Polskiego Radia Katowice. Spędzamy tak prawie godzinę, popijając gorącą herbatę i przegryzając ciastko.

Zamek Ogrodzieniec na Szlaku Warowni Jurajskich

O 11 opuszczamy suchy kąt i ruszamy dalej drogą do Zamku Ogrodzieniec. Po raz kolejny zamek robi na nas ogromne wrażenie. Nie wchodzimy do środka przez deszcz, a również i dlatego, że byliśmy na nim w ubiegłym roku i już wszystko widzieliśmy. A Wy już tam byliście? Przy zwiedzaniu zamku warto zaopatrzyć się w multimedialny przewodnik. Wtedy dowiemy się wszystkiego o tym miejscu i zobaczymy o wiele więcej, niż jakbyśmy zwiedzali ot, tak sobie. A gdy już będziecie w Podzamczu, to nie zapomnijcie wstąpić na Górę Birów i skorzystać z wielu atrakcji u podnóża warowni.

Sprawdź więcej informacji o Zamku Ogrodzieniec. To właśnie w nim kręcili Wiedźmina

Strażnica w Ryczowie

Omijamy ogromne mury i wchodzimy na polną drogę. Jeszcze przez długi czas widać za nami okazałe wieże ogrodzienieckiego zamczyska. Nasza droga prowadzi do strażnicy w Ryczowie. Jesteśmy na obszarze Parku Krajobrazowego Orlich Gniazd. W pobliżu biegnie Szlak Orlich Gniazd. Tak leje, że aż nie chce się aparatu wyciągać, dlatego kilka zdjęć robimy telefonem. Już nigdy nie powiemy, że nam się nigdzie nie chce autem jechać, bo pada…

Ryczów to mała malownicza miejscowość niczym szczególnym na pierwszy rzut oka się niewyróżniająca. Jest jednak mały element, o którym wiemy i to czyni to miejsce wyjątkowym. Chodzi o XIV-wieczną warownię, a właściwie pozostałości warowni znajdującej się na samotnej skale na skraju lasu. Gdy będąc w Ryczowie, chcieliśmy dowiedzieć się jak do niej trafić, to facet powiedział nam, że oni nic takiego tutaj nie mają – żadnej strażnicy, żadnego zamku, żadnej warowni, tutaj ciekawa jest tylko skała niedaleko stąd. Już wiedzieliśmy, że to właśnie o to chodzi. Oznaczenia dojścia tam nie ma żadnego. My szliśmy na tak zwanego “czuja”. Trzeba iść od znaków ze zdjęcia poniżej żółtym szlakiem drogą asfaltową i jak wyjdziemy na długą prostą, to skręcamy w lewo obok czegoś rozwalonego z drewna. Tam już są wydeptane ścieżki.

Po strażnicy sprzed wielu, wielu lat zachowały się mury przyziemia wieży, wał oraz fosa głęboka miejscami na 5 m i szeroka na 10 m. Zobaczcie, jak wygląda teraz i jak wyglądała w latach swojej świetności.

ryczow-r

Rekonstrukcja wg B. Drejewicza.
Źródło:  Zamki i obiekty warowne Jury Krak.-Częst., Robert Sypek, Agencja Wydawnicza CB

Obchodzimy wokoło i dokładnie oglądamy pozostałości. Faktycznie kiedyś musiała ta budowla wyglądać bardzo ciekawie. Teraz jest miejscem, gdzie spotykają się grupy osób, palą ogniska i spędzają czas. Wracamy tak samo do asfaltu i zmierzamy w kierunku Smolenia. Od razu droga asfaltowa zamienia się w leśną. Ten odcinek słynie ze sporej ilości skał, na których oglądanie trzeba mieć więcej czasu. Te znajdujące się przy szlaku są już coraz bardziej zasłaniane przez drzewa, ale są też wyjątki.

Zamek Pilcza w Smoleniu

Za Brzuchacką Skałą skręcamy prostopadle w prawo i wychodzimy na łąki po to, aby wędrować nimi dłuższy czas. Nie ma tutaj żywej duszy. Żadnych turystów. Jak spotkamy kogoś to tylko jakiegoś miejscowego, bo tereny są tutaj bardzo zaludnione. W Złożeńcu wychodzimy na drogę główną i już po asfalcie zmierzamy do zamku Pilcza w Smoleniu.

Do niego tylko 3 kilometry, a też sam szlak niebieski nie kieruje się do niego bezpośrednio. Trzeba 5 minut drogi, żeby stanąć u bram kolejnej warowni, którą kiedyś już odwiedziliśmy. Teraz wygląda bardzo tajemniczo. Nie ma w niej nikogo, a kiedyś były tłumy, bo to była niedziela. Teraz cały zamek dla nas. Zmieniły się tutaj oznaczenia. Teraz wiemy, jak biegnie kierunek zwiedzania. Sam zamek jest zamknięty i otwierany tylko o określonych porach.

Szlak Doliną Wodącej

Dalej idziemy Doliną Wodącej, widząc z lewej strony Zegarowe Skały – raj dla wspinaczy. Teraz dolina jest cała rozmoczona i zabłocona. W niczym nie przypomina tej z ubiegłego roku i ze zdjęć, które można znaleźć w Internecie. Idąc tamtędy, wspominamy wędrówkę Szlakiem Orlich Gniazd, który w kilku miejscach łączy się ze szlakiem Warowni Jurajskich.

Droga do Wolbromia

Dalsza trasa do Wolbromia to głównie lasy i dalekie widoki, które by mogły tu być jakby nie deszcz i mgła. 🙂 Wiele w górach już wiedzieliśmy, to mogliśmy sobie wyobrazić te tereny o wschodzie słońca. Dolina Wodącej zapewnia wiele atrakcji. Jaskinie, skały, miejsca wspinaczkowe, wytyczone ścieżki są idealnym miejscem na Jurze na niedzielne popołudnie. Droga następnie wyprowadza nas do wsi Dłużec, gdzie mamy sklep i pod kościół pw. św. Mikołaja i Wawrzyńca.

Do Wolbromia idziemy już “lekko” przemoczeni. Wychodzimy na obrzeża miasta i kierujemy się do jakiegoś sklepu po rzeczy na kolację i dalej do kwatery. Gdy ja zostaje przed marketem z plecakami, Angelika idzie po zakupy i mówi mi, żebym jeszcze czapkę położył przed sobą to, jeszcze ktoś mi coś wrzuci. 🙂 Po kilku minutach stwierdzam, że nie byłby to głupi pomysł. Ja tak dziwnie wtedy wyglądałem…

Od samego poranka pogoda taka, że nawet z łóżka wychodzić się nie chce. Dlatego za wcześnie nie wstajemy, tylko punktualnie o godzinie 5:30. Za godzinkę przewidziane mamy śniadanie w naszej kwaterze, więc mamy kilka minut, żeby się spakować i umyć. Po przepysznej kolacji z poprzedniego dnia, na której mieliśmy kiełbasę wiejską, musztardę, sałatkę i bułeczki teraz mamy bardzo eleganckie śniadanie w restauracji Klimtówka.

Spędzamy w tej części całkiem sporego budynku dobre pół godziny. Za oknem słychać jak deszcz uderza w wolbromskie dachy i parapety. Wychodzimy po godzinie 7, rozmawiając jeszcze z panią na recepcji. Od razu na sobie mamy założone płaszcze przeciwdeszczowe i teraz gdy pisze się ten wpis, a za oknem mamy +20 stopni to ciężko wyobrazić sobie, że tak zimno i deszczowo było niespełna 2 tygodnie temu. 

Szlakiem przez Wolbrom

Szlak niebieski mamy od razu na najbliższym słupie. Sklepy także są w okolicy, jednak jesteśmy tak najedzeni śniadaniem, że kupujemy tylko wodę na rynku przy wyjściu z Wolbromia. Sprzedający facet wypytuje nas, gdzie tak zmierzamy, a my mamy przecież tego dnia dojść, aż do Ojcowa. Słowo ‘aż’ użyte jest tylko w tym przypadku dlatego, że mamy wokoło siebie taką kapryśną aurę. Ulice miasteczka są całe opustoszałe i niczym nie przypominają tych z poprzedniego dnia. Wszyscy wybierają samochody albo autobusy.

My zmierzamy drogą asfaltową, wychodząc poza Wolbrom. Tuż obok kapliczki skręcamy w lewo i trasa prowadzi po kamiennych płytach. Temperatura oscyluje w granicach 5 stopni i ku naszemu zdziwieniu na chwilę pojawia się śnieg, co widać na powyższym zdjęciu. Daje nam to jakiś pozytywny impuls, bo przecież śnieg jest o wiele lepszy od deszczu. Nie moknie się wtedy tak szybko. W dole w chmurach schowane są dachy fabryk, domów i ogromnych bloków.

Punkt widokowy nad Wolbromiem

Wchodzimy na drogę polną, a właściwie na jedną drogę z wielu na tym odcinku. Czasem nie wiadomo, którą wybrać, żeby nie zgubić szlaku. Wybieramy tę cały czas prosto i słusznie robimy. Dochodzimy na punkt widokowy, z którego w naszych wyobrażeniach mamy cudowne krajobrazy.

Idziemy drogą między polami. Obok nas z lewej strony biegną linie wysokiego napięcia. Więcej niestety nie widzimy, ale jak to mówią – wyobraźnia i humor to podstawowe wyposażenie prawdziwego turysty. Przez jakieś 2-3 kilometry idziemy całkowicie bez szlaku. Nie ma żadnych drzew, tylko przestrzeń.

Wieś Budzyń

Przechodzimy przez błoto i skręcamy w prawo. Pojawia się droga asfaltowa, która sprowadza nas do wioski Budzyń. Tam siadamy chwilę na przystanku. Obok niego jest także sklep. Idziemy kawałek asfaltem i skręcamy obok kapliczki w prawo. Patrzymy przed siebie, a tam polna droga cała zalana. Tereny podmokłe i nie ma jak ich ominąć. Z informacji pogodowych wiemy, że przez 2 dni, ma spaść tyle deszczu, co powinno przez cały kwiecień. To już wiecie, jak nasza podróż wygląda. Jest super. 🙂 Takie doświadczenie na pewno nam się przyda i uczyni nas mocniejszymi na przyszłość. Przedarliśmy się przez bagna, wyglądając dość względnie… tylko ‘dość’.

Glanów – sklep

W Glanowie, gdzie kupiliśmy chleb i konserwy natknęliśmy się na przystanek z napisem “żal mi Ciebie głupie dziecko” – nie wiemy czemu, pomyśleliśmy, że to właśnie nas dotyczy. 😛 Nie wiem, czy wiecie, co ma wspólnego Ojców ze sklepem spożywczym. Otóż nic. Nikt nam nie wmówi, że tam kiedykolwiek ten mały sklepik w centrum jest otwarty. Także przed wejściem do Ojcowa nie mając samochodu, warto co nieco kupić. W Glanowie mamy zespół dworski i spichlerz z 1786 roku. Wchodzimy do Doliny Dłubni, gdzie mamy różne ciekawe formacje skalne i grodzisko. Domów tutaj za wiele nie ma.

Ibramowice Dolne

Warto przyjechać tutaj kiedyś i udać się do sąsiedniego Wąwozu Ostryszni. Wchodzimy do Imbramowic Dolnych, a następnie przychodzimy do górnych. Tam jest zabytkowy zespół budowli klasztoru Sióstr Kanoniczek Regularnych Zakonu Premonstratensów, powszechnie zwanych w Polsce norbertankami – od imienia swego założyciela św. Norberta. Przechodzimy asfaltem do Tarnawy, gdzie rozbijamy się przy kościele, jemy obiad i dzwonimy do Ojcowa, żeby zarezerwować kwaterę.

Do Ojcowa już coraz bliżej. Jesteśmy w lesie Dębowiec, a z prawej strony mamy niewielką górę o nazwie Leśna Góra. Spacerujemy zboczem lasu. Spotykamy tam mieszkańca, który pracuje w polu. Mówi nam, że nie mamy najlepszej pogody do wędrówki. My możemy powiedzieć tak samo, że on nie ma najlepszej pogody do pracy.

Ojców na Szlaku Warowni Jurajskich

Jesteśmy już w Skale. Tempo mamy dobre, jednak nie tak jak na początku. Mijamy kościół i pustelnię błogosławionej Salomei i od razu schodzimy w dół po schodkach. Nie ma nic gorszego po 100 kilometrach marszu jak zejście na dół. Wolimy wychodzić do góry, chociażby ta góra miałaby być ogromna. Wychodzimy na asfalt na drodze Skała – Pieskowa Skała. Teraz już tylko prosta do kwatery. Po drodze mamy do zobaczenia dawny młyn w jednym z gospodarstw, figurę Maryi w skale i oczywiście kaplicę “Na Wodzie”.

Dalej jest już tylko ojcowski zamek i centrum Ojcowa. Odbywało się to kiedyś przy nieco lepszej pogodzie. Do kwatery zachodzimy na 18. Jest to jedna z ostatnich kwater przed odejściem niebieskiego szlaku w stronę Rudawy, także w kolejnym dniu będziemy mieć zapewniony lepszy start. 🙂

Zobacz wszystkie atrakcje w Ojcowskim Parku Narodowym 

Siedząc wieczorem na balkonie i patrząc na padający deszcz, zastanawialiśmy się, czy w Ojcowie zawsze jest taka pogoda?

Nadszedł ostatni dzień naszej wędrówki Szlakiem Warowni Jurajskich. Po ostatnich dwóch deszczowych dniach zaczyna nas brać lekkie przeziębienie. Po spokojnej nocy, na szlaku jesteśmy już po godzinie 5. Chcemy wcześniej zacząć i wcześniej skończyć naszą kolejną przygodę na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, skoro i tak pogoda nie ma zamiaru się zmienić. Do Rudawy to przecież tylko kilka kroków.

Wyłazimy przed kwaterę, a tam szaro, buro i ponuro. Można powiedzieć bez zmian, czyli kolejny dzień marszu przez tajemniczą Jurę Krakowsko-Częstochowską. Lepsze to niż dzień w pracy. 🙂 W sumie zależy, kto ma jaką pracę. My swoją bardzo lubimy i wracamy do niej już w kolejny dzień, dlatego trzeba w ostatnim dniu na szlaku się sprężać. Na polu już jest w miarę jasno, dlatego przygotowana latarka na nic się zdaje. Jesteśmy już prawie u wylotu z Ojcowa. Ruszamy naszym niebieskim szlakiem w stronę Bramy Krakowskiej i Jaskini Łokietka, która pewnie o tej godzinie jeszcze jest zamknięta.

Maszerujemy obrzeżami Ojcowskiego Parku Narodowego. Udaje nam się nawet wymyślić zwrotkę piosenki o naszej wędrówce.

“Coś zanosi się na burze,
Idę w deszczu dziś po Jurze,
Kilka kroków do Rudawy
Żeby napić się tam kawy”

Takie tam. 🙂

Spotykamy po drodze gościa, który się dziwi, że w taką pogodę ktoś spaceruje po lesie. Idziemy między drzewami i jesteśmy zachwyceni. Jest tak cicho, że słychać własne myśli. Dochodzimy do drogi głównej numer 94 Jerzmanowice – Wielka Wieś. Bezpiecznie przez nią przechodzimy i zmierzamy po coś dobrego na stację benzynową. Kupujemy tam lody i siedem dejsy xxl. 😛

Dolina Będkowska 

Idziemy czym prędzej do Doliny Będkowskiej. Tam mają czekać nas główne atrakcje w tym dniu. Najpierw jest ogromna skała, która pomimo tego, że znajduje się na terenie prywatnym, to jest dostępna dla odwiedzających, a przede wszystkim dla wspinaczy. Ten teren słynie także z wielu jaskiń. Taką najpopularniejszą jest Jaskinia Nietoperzowa. Wejście do niej jest płatne i odbywa się z przewodnikiem o określonych godzinach. Dobrze, że jeszcze nie interesujemy się światem podziemnym, bo już w ogóle na nic nie mielibyśmy czasu. 🙂 Oprócz tego jest również Jaskinia Łabajowa, a dalej Jaskinia Dziewicza.

Dolina Będkowska, w której się znajdujemy, nazywana jest także Doliną Będkowicką, lub Będkówka. Ma prawie 7 metrów długości i jest jedną z najdłuższych dolin na Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej. Dolina ma charakter wąwozu o stromych ścianach wschodnich i łagodniejszych zboczach zachodnich. Możemy znaleźć w niej kilka ciekawych formacji skalnych. Są to między innymi: skała przy drodze, Sokolica, Wysoka, Iglica, Czarcie Wrota czy Dupa Słonia. Na szczycie Sokolicy znajdują się pozostałości dawnego grodziska. Dolina Będkowska, w niektórych miejscach jest strasznie rozmoczona i błotnista, zwłaszcza w okolicach źródła Będkówki – potoku płynącego wzdłuż doliny.

Pod koniec Doliny Będkowskiej łapie nas straszliwa ulewa. Chyba największa przez te ostatnie dni, także nawet płaszcze przeciwdeszczowe nie pomagają. Przechodzimy z asfaltu na drogę polną i przed nami kilka ostrzejszych, jak na Jurę podejść. Przy śliskim podłożu nie jest łatwo wyjść zwłaszcza na miejsce, z którego rozciągają się pierwsze tego dnia widoki.

Wchodzimy już w obręb wsi Brzezinka. W pewnym momencie sami nie wiemy, gdzie iść. Zgubienie szlaku okazuje się dla nas korzystnym, dlatego, że trafiamy na kolejne świetne widoki.

Ze wzniesienia zbiegamy prosto do centrum Brzezinki. Tam już przestaje padać, więc można się trochę osuszyć. Od tej miejscowości do samego końca mamy już asfalt, także spokojnie zmierzamy do Rudawy. Na miejscu jesteśmy po godzinie 10:30, gdzie przy ostatniej tablicy na Szlaku Warowni Jurajskich czeka na nas Pan Robert Nieroda ze Związku Gmin Jurajskich, który był patronem naszej jurajskiej przygody. Rozmawiamy kilka minut, żegnamy się i idziemy w kierunku przystanku.

UWAGA – z centrum Rudawy odjeżdża bardzo mało busów na dworzec główny w Krakowie. Najlepiej iść prosto do drogi głównej numer 79 i stamtąd co kilka minut dostaniemy się do miasta.

Wracamy do Krakowa. Zakończyła się nasza pięciodniowa wędrówka Szlakiem Warowni Jurajskich, gdzie do przejścia mieliśmy ponad 160 kilometrów. Zaczynaliśmy w Mstowie z uśmiechem na twarzy i także kończymy w Rudawie w takich samych nastrojach.

Pisanie relacji trochę trwało, ale obecnie tyle się dzieje w naszym życiu, że nie mamy, aż tyle czasu na pisanie wpisów. Szlak Warowni Jurajskich na pewno można w przyszłości udoskonalić, w niektórych miejscach lepiej oznaczyć, zamontować tablice informacyjne przy warowniach i strażnicach. Szlak do jest do polecenia i w całości i w części, dlatego zapraszamy na szlaki Jury Krakowsko-Częstochowskiej.

Od Mstowa do Rudawy – gdzie sklepy?

Startujemy od północy, czyli miasteczka Mstów, z którego my zaczynaliśmy. Będziemy wypisywać miejscowości tak, jak biegnie szlak jeśli coś tam się znajduje. I też nie będziemy odchodzić od szlaku po kilka kilometrów, tylko wypiszemy te sklepy i noclegi, które są bezpośrednio na szlaku lub tuż obok.

  • Mstów. Sklepów bardzo dużo, od małych w rynku po większe markety. Nocleg też się znajdzie.
  • Turów Dolny. Sklep 100 metrów od szlaku za torami kolejowymi.
  • Siedlec. Kilka pensjonatów, PTSM, 3 sklepy przy szlaku. My spaliśmy w agroturystyce u Michalika. Dobre warunki. Kuchnia do dyspozycji, łazienka na korytarzu. Sklep pod domem. 35 złotych / osoba.
  • Łutowiec. Nocleg i zaraz obok mały sklepik z najpotrzebniejszymi rzeczami.
  • Ogorzelnik. Sklep.
  • Zdów. Sklep 100 metrów od szlaku za przystankiem.
  • Podlesice. Największy wybór miejsc noclegowych i 2 małe sklepy.
  • Blanowice. Sklep po lewej stronie.
  • Zawiercie. OSIR, w którym nocowaliśmy – 60 złotych / osoba i bardzo dużo sklepów. Zaraz obok między innymi Biedronka czy Żabka.
  • Ogrodzieniec. Dużo sklepów i noclegów.
  • Podzamcze. Dużo sklepów i noclegów.
  • Smoleń. Agroturystyka pod wyciągiem.
  • Wolbrom. Kilka noclegów i sklepów. Spaliśmy w hotelu Klimtówka – 99 złotych / osoba.
  • Budzyń. Sklep.
  • Glanów. Sklep.
  • Małaszyce Dolne. Sklep.
  • Grodzisko, Ojców. Sklep w sezonie jest jeden za Muzeum PTTK. Nie wiadomo kiedy tam jest według nich sezon, bo cały czas zamknięte. Noclegów jest kilka.
  • Dolina Będkowska. Noclegi.
  • Brzezinka. Sklep.
  • Rudawa. Sklepy.

Tak to mniej więcej wygląda jeśli nas pamięć nie myli. Sklepów jest wystarczająco, jednak jeśli ktoś planuje noclegi w powyższych miejscowościach, to musi dobrze rozplanować swoją podróż.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *