Małopolskie,  Szlaki długodystansowe

Szlak długodystansowy Brzeźnica – Łopuszna – opis przejścia

Szlak długodystansowy Brzeźnica – Łopuszna nie cieszy się zbyt dużą popularnością wśród turystów. Zapewne 98 procent turystów w ogóle nie wie, że jest to piąty najdłuższy szlak w polskich Karpatach. Zapewne 90 procent osób nawet nie wie gdzie leży Brzeźnica. O szlaku praktycznie nigdzie nie ma żadnych informacji.

Można dowiedzieć się tylko, że faktycznie taki jest, przez jakie pasma przechodzi i, że ktoś opisał swoje wspomnienia z niego na jednym z forów, ale go nie ukończył. My postanowiliśmy podjąć to wyzwanie i przejść 98 kilometrów w 4 dni. Innym celem przejścia szlaku była możliwość przybliżenia go wszystkim turystom. Skoro jest uważany za jeden z najdłuższych szlaków w Polsce, to coś powinno się o nim wiedzieć i może w przyszłości się na niego wybrać.

Dojazd na początek szlaku – Brzeźnica pod Krakowem

Zaczęliśmy nasze długie wędrowanie we wczesny czwartkowy poranek. Pojechaliśmy z Łososiny Dolnej do Krakowa, a następnie z Krakowa do Brzeźnicy na przystanek przy zabytkowym dworcu kolejowym. Koszt tej autobusowej podróży wyniósł nas 34 złote (12 do Krakowa i 5 do Brzeźnicy). W nadwiślańskiej wsi byliśmy na godzinę 8:40. Pogoda od samego poranka była piękna.

Pierwszy szlakowskaz w Brzeźnicy
Początek szlaku Brzeźnica – Łopuszna
Początek szlaku Brzeźnica – Łopuszna

Przygotowaliśmy się do drogi i ruszyliśmy. Na ten dzień mieliśmy zaplanowane dojście do Lanckorony – 26 kilometrów.

3/4 szlaku do Lanckorony prowadzi po drodze betonowej

Z Brzeźnicy do Przytkowic

Pierwszy odcinek (3,3 km) do Marcyporęby biegnie cały czas po asfalcie. Klimatu gór jeszcze czuć nie było. Dopiero w kolejnym odcinku (3,0 km) na Przełęcz Zapusta przechodzi się przez Trawną Górę (421 m). Tam nasz niebieski szlak łączy się z czarnym, a na szczycie znajduje się ławka do odpoczynku. Potem idziemy przez las i wchodzimy na drogę asfaltową na przełęcz. Wędrując dalej do Przytkowic (6,8 km), można napotkać kilka widokowych polan. Ogólnie całe Pogórze Wielickie słynie z punktów widokowych.

Przed szczytem Draboż (432 m)

Lanckorona 

Jeśli ktoś będzie wybierał się na ten szlak, to w pierwszy dzień zalecamy nie zabierać ze sobą dużo jedzenia i wody. Co kilkadziesiąt minut przechodzi się obok sklepów. W Przytkowicach minęliśmy stację kolejową, podbiliśmy pieczątki w przydrożnym sklepie i ruszyliśmy do miejscowości Brody (4,4 km). Niestety wędrowaliśmy cały czas betonem. Nie jest to zbyt przyjemne. Przed nami było tylko przejście do Lanckorony (4,7 km).

Trasa prowadziła przez Capią Górę (376 m) i Lanckorońską Górę (545 m). Ta ostatnia znajduje się już w Beskidzie Średnim (Makowskim). Na najwyższym wzniesieniu znajdują się ruiny zamku lanckorońskiego, wzniesionego za czasów Kazimierza Wielkiego. Były one kiedyś widownią krwawych walk konfederatów barskich dowodzonych przez Kazimierza Pułaskiego z wojskami carskimi generała Suworowa.

Ruiny zamku

Była już godzina 19:10, gdy schodziliśmy do centrum Lanckorony. Udało się znaleźć nocleg tuż przy szlaku. Byliśmy zmęczeni, ale zrobiliśmy zaplanowany odcinek. Na plecach ponad 20 kilo zrobiło swoje.

Z Lanckorony na Przełęcz Sanguszki

Drugi dzień na szlaku był najdłuższy i sprawił nam chyba największe trudności. Można powiedzieć, że był to przełomowy dzień. Potem było już tylko lepiej. Mieliśmy do przejścia 32 kilometry z Lanckorony do Jordanowa przez Krowią Górę, Koskową Górę i Groń. Wędrówka w dużej części po górzystych terenach, ponieważ weszliśmy już w Beskid Makowski. Otrzymaliśmy ostrzeżenie przed ludnością Romską w Jordanowie i przeszliśmy połowę długodystansowego szlaku.

Zaczęliśmy podróż od kupna w sklepie zapasu napojów. Miało być cieplej niż w dniu wcześniejszym, dlatego każda kropla była na wagę złota. Ruszyliśmy na pierwszy odcinek na Przełęcz Sanguszki (6,7 km). Najpierw żmudnie po asfalcie, aż do samego lasu. Nosi on nazwę „Lasy Groby”, ponieważ znajdują się tam mogiły konfederatów barskich z 1771 roku.

Cały obszar to jeden wielki cmentarz. Wiecznego spoczynku poległych strzeże stara, prawie dwustuletnia lipa. Wisi na niej skromna szafkowa kapliczka, z zamieszczonym wewnątrz obrazkiem św. Michała Archanioła – przewodnika dusz do wieczności. Jak mówią ludzie, pochowani na cmentarzu konfederaci mają być „uśpionym wojskiem”, które w trudnych dla Ojczyzny czasach ma powstać na wezwanie Michała Anioła i walczyć o jej wolność. Po wyjściu z lasu mieliśmy piękne widoki na Beskid Wyspowy, Gorce i Beskid Makowski.

Dalszy szlak po Beskidzie Makowskim
Samotność

Koskowa Góra 867 m n.p.m.

Od Przełęczy Sanguszki poszliśmy na Krowią Górę (2,8 km) i dalej na Bieńkówkę (2,7 km). Po zejściu z niej czekało nas najtrudniejsze podejście. Nawet jeden z miejscowych stwierdził, że pod Koskową Górę (867 m) trzeba się namęczyć. Na odcinku 2,9 km było 330 metrów podejścia. Gdy już udało się to przeżyć, to dotarliśmy na przełęcz między Koskową Górą (867 m) a Parszywką (847 m).

Murowana kapliczka

Stoi tam murowana kapliczka ufundowana około 1910 roku przez Jana Koska. Jest pokryta gontem, wewnątrz znajduje się figura z nazwiskiem fundatora przedstawiająca Chrystusa upadającego pod krzyżem po raz trzeci. Jak głosi podanie, rzeźbę zamówiono w Sidzinie dla Kalwarii Zebrzydowskiej. Podczas transportu trzy pary wołów zatrzymały się na grzbiecie nad Bogdanówką i nie chciały się ruszyć z miejsca. Uznano to za Bożą wolę i wybudowano w tym miejscu kaplicę, w której umieszczono rzeźbę.

W pobliżu kapliczki znajduje się kamienny postument, obok zaś drewniany krzyż z ludową rzeźbą Chrystusa. Z Koskowej Góry rozciągają się piękne widoki w stronę Beskidu Wyspowego na Mogielicę czy Luboń Wielki.

Widok z Koskowej Góry

Z góry zeszliśmy na Przełęcz Jabconiówka (5,1 km) i wyszliśmy na Groń (809 m). To było nasze ostatnie trudniejsze podejście na szlaku. Zdjęć w sumie nie chciało się nam robić, a nawet nie było czemu.

Groń (809 m)

Poszukiwanie noclegu w Jordanowie

Następnie do wsi Zarębki (2,6 km) szło się przyjemnie. Słońce nie grzało już tak mocno i zrobiło się chłodniej. Była godzina 18. Gdy już dotarliśmy do wioski, to czekał nas ostatni odcinek do Jordanowa (4,5 km). Ostre zejścia w dół, wędrowanie polanami, szum wody i pod koniec asfalt to krótka charakterystyka tej części trasy. Kiedy dotarliśmy do Jordanowa, to zaczęliśmy szukać noclegu. Strasznie ciężko było coś znaleźć, ale około godziny 20 się udało.

Na koniec krótka historia podczas poszukiwania noclegu.

Ja: Dzień dobry. Czy są tutaj w okolicy jakieś domy noclegowe, pensjonaty, schroniska ?
Pani: Jest jeden, ale tam mieszkają Romowie. No ale jak się dobrze zamkniecie to może nic wam się nie stanie…

W takiej sytuacji lepsza noc na świeżym powietrzu.

Z Jordanowa na Luboń Wielki

Trzeci dzień na szlaku Brzeźnica – Łopuszna minął nam na przejściu odcinka z Jordanowa do Rabki-Zdroju. Mierzył on 21 kilometrów i prowadził przez Luboń Wielki. Szczyt ten słynie z jedynego schroniska w Beskidzie Wyspowym. Oprócz Mogielicy jest on najchętniej odwiedzanym wzniesieniem w tym paśmie.

Wyruszyliśmy wczesnym rankiem w kierunku Lubonia Wielkiego (1022 m) i od razu przyszło nam maszerować kilka kilometrów po betonie. Można tylko żałować, że ten szlak nie prowadzi przez cały czas po górskich wzniesieniach. W miejscowości Naprawa odbiliśmy na most i na pierwszej drodze w lewo. Tam chwilę jeszcze wędrowaliśmy drogą, a następnie weszliśmy na łąki i do lasu. Po ich opuszczeniu otworzyło się dla nas okno widokowe.

Widoki na Jordanów
I na Beskid Żywiecki

Luboń Mały

Dotarliśmy do Zakopianki. Ruch w stronę Zakopanego był niemiłosierny. Musieliśmy przejść około kilometra do odejścia i ledwo się to udało, bo samochody pędziły bez opamiętania. Weszliśmy na drogę gruntową i podążaliśmy w kierunku Lubonia. Trasa nie była zbyt trudna. Biegła łagodnie i niekiedy przez drzewa dane nam było coś zobaczyć. Gdy dochodziliśmy do Lubonia Małego, to natrafiliśmy na prace leśne. Tyle drzew połamanych było, że trudno było przejść. Po wyjściu na Polanę Surówki zrobiliśmy sobie czas słodkiego leniuchowania :).

Polana Surówki

Stąd było już widać nasz cel. Weszliśmy z powrotem na szlak i ruszyliśmy ostrym podejściem na Luboń. Wejście daje w kość. Na pocieszenie można powiedzieć, że od każdej strony jest to samo. Pod schroniskiem było głośno. Zrobił się mały tłum. Siedliśmy na chwilę, a potem poszliśmy po pieczątki.

Widoki na Beskid Wyspowy
Jedyne schronisko w Beskidzie Wyspowym

Schronisko Luboń Wielki

Od schroniska schodziliśmy ostrą drogą w dół, aż do Rabki Zaryte. Od połowy towarzyszył nam Potok Rolski. Po dojściu do drogi głównej zrobieniu zakupów w sklepie udaliśmy się do centrum Rabki przez Królewską Górę (588 m).

Pod Królewską Górą (588 m)

Królewska Góra i Rabka-Zdrój

Szliśmy przez te polany i nie było żadnych oznaczeń. Poszliśmy intuicyjnie prosto i jakimś sposobem zeszliśmy do centrum Rabki-Zdroju, akurat na nasz szlak. Pewnie nie dowiemy się, gdzie trzeba było iść. Fajnie by był, o jakby ktoś pomyślał i wstawił jakieś kije. Po znalezieniu noclegu, zamówieniu jedzenia i ciepłym posiłku poszliśmy spać. Cztery dni przeleciały bardzo szybko. Czuliśmy się, jakby to miał być dopiero początek szlaku, jednak tego dnia mieliśmy kończyć naszą przygodę. Ostatni dzień i ostatnie 19 kilometrów. Ostatnie kroki do przejścia szlaku. Przez Gorce…

Z Rabki-Zdrój do Koninek

Wyruszyliśmy z Rabki po godzinie 5. Wędrowaliśmy po pięknych gorczańskich łąkach z lekka oświetlonych słońcem.

Przeszliśmy przez łąki nad Gilówką, miejscowość Olszówkę, osiedla mieszkaniowe, aż dostaliśmy się do Poręby Wielkiej. Z Poręby najlepiej jest dostać się do Koninek stopem albo busem. Jednak my chcieliśmy przejść ten odcinek, nawet jeśli prowadził godzinę po betonie i liczył kilka kilometrów.

Z Koninek na Turbacz

Po dotarciu do Koninek kupiliśmy bilety wstępu do Gorczańskiego Parku Narodowego i ruszyliśmy na Turbacz (1310 m). Już drugi raz przyszło nam iść tą trasą. Piąty raz szliśmy na Turbacz (1310 m) i po raz pierwszy była otwarta kasa biletowa. Później okazało się, że na całej trasie będą prowadzone remonty. Będą robione schody, mostki, kładki. Zostaną odnowione ławki i szlakowskazy. Trasa na ogół jest dość krótka i przyjemna. Najpierw przechodzi się przez las, a potem wychodzi się na polany widokowe, z których rozciągają się piękne widoki na Beskid Wyspowy.

Widoki na Beskid Wyspowy i Mogielicę (1171 m)

Weszliśmy potem na Czoło Turbacza (1259 m) i na Halę Turbacz. Na pierwszym planie był tym razem Beskid Żywiecki i Babia Góra (1725 m).

Babia Góra (1725 m)

Schronisko na Turbaczu

Przy schronisku na Turbaczu (1310 m) były tłumy ludzi. Nie ma się czemu dziwić, przecież była niedziela.

Schodziliśmy długim szlakiem przez ponad 2 godziny. To były nasze ostatnie kilometry na szlaku Brzeźnica – Łopuszna. Wiedzieliśmy, że zrobiliśmy coś fajnego. Czuło się to w środku. Po dotarciu do Łopusznej byliśmy szczęśliwi. Był to nasz pierwszy szlak długodystansowy. Krótki, niekrótki. Dla nas w sam raz. Dobre przetarcie przed Małym Szlakiem Beskidzkim.

Końcowy punkt szlaku – 98 kilometr 🙂

Nie wiem, czy jest to do końca 98 kilometrów. Wydaje nam się, że jest ponad 100 spokojnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *