Główny Szlak Beskidu Sądeckiego – opis przejścia

Naszą wspaniałą podróż Głównym Szlakiem Beskidu Sądeckiego rozpoczęliśmy już o godzinie 5:00. Spakowani jechaliśmy autobusem do Nowego Sącza, a następnie do Piwnicznej-Zdroju, gdzie początek swój bierze nasz szlak.

MYNASZLAKU NIEZNANE MIEJSCA

Główny Szlak Beskidu Sądeckiego to szlak turystyczny mierzący około 200 kilometrów, poprowadzony po całym paśmie Beskidu Sądeckiego. Prowadzi wieloma szlakami, ścieżkami przyrodniczymi, a nawet ścieżkami rowerowymi, chociaż tych ostatnich jest tylko kilka kilometrów. Szlak przechodzi przez najważniejsze szczyty i miejscowości Beskidu Sądeckiego, pomija jednak takie miasta jak Nowy Sącz i Stary Sącz.

Podstawowe dane trasy

  • Długość szlaku według mapy: 201,1 km,
  • Czas przejścia: 9-10 dni,
  • Suma podejść: 7 358 m.

Piwniczna-Zdrój – początek Głównego Szlaku Beskidu Sądeckiego

O godzinie 7:25 dojechaliśmy na miejsce – do Piwnicznej. Pogoda od samego rana nie zapowiadała się zbyt optymistycznie, ponieważ padało. Na szczęście był to przelotny deszcz, który łagodził trochę uczucie duchoty.

Cały tydzień miał być ze zmienną pogodą, więc musieliśmy przygotować się na różne warunki. Wysiedliśmy z autobusu, ubraliśmy ponad 15-kilowe plecaki i ruszyliśmy do szlakowskazu, przy którym rozpoczynała się nasza podróż. Trafimy tam, idąc od rynku szlakiem żółtym. To tylko 5 minut od centrum.

Ruszamy zielonym szlakiem ulicą Kazimierza Wielkiego, aż do Daszyńskiego, czyli do drogi głównej wiodącej w kierunku Mniszka nad Popradem. Po drodze mijamy symboliczny pomnik poświęcony 500 i 550 rocznicy zwycięstwa pod Grunwaldem i źródełko wody pitnej.

Główny Szlak Beskidu Sądeckiego - opis przejścia

Piwowarówka w Piwnicznej-Zdroju

Zeszliśmy z drogi głównej i rozpoczęliśmy strome podejście. Dalej było duszno, a plecaki ciążyły przy każdym kroku. Musieliśmy przyzwyczaić się do dodatkowego obciążenia i wiedzieliśmy, że w kolejnych dniach będzie już wszystko dobrze. Po 30 minutach dotarliśmy na Piwowarówkę. Znajduje się tutaj punkt widokowy i kapliczka świętego Antoniego.

Do tego miejsca zdobywamy już kilkaset metrów wysokości. Teraz wędrujemy już łagodnie przez las. Robimy sobie chwilę przerwy na śniadanie. Dalej podchodzimy po nowych drewnianych schodach, zbudowanych przez Piwniczną-Zdrój. Wreszcie zaczyna wychodzić słońce, więc prognozy się nie sprawdziły. Jesteśmy już coraz bliżej Eliaszówki.

Główny Szlak Beskidu Sądeckiego - opis przejścia
Główny Szlak Beskidu Sądeckiego - opis przejścia
Główny Szlak Beskidu Sądeckiego - opis przejścia
przewodnik

Eliaszówka – wieża widokowa

Z dołu dochodzi do nas ścieżka niebieska z Kosarzysk, a kilkadziesiąt metrów dalej można skręcić do Chatki na Magórach. Docieramy na Eliaszówkę – szczyt, który odwiedziliśmy całkiem niedawno podczas wschodu słońca i zimowego wyjścia.

Stoi tutaj wieża widokowa, z której możemy oglądać widoki na Słowację, Pasmo Jaworzyny Krynickiej, Pieniny, Tatry, a najlepiej widoczna jest Radziejowa. Jest to dobre miejsce na biwak. Można rozpalić ognisko, rozbić namiot, albo spać na wieży tak jak my to kiedyś robiliśmy, czekając na świt. Kilka metrów wyżej znajdują się szlakowskazy.

Bierzemy udział w Mistrzostwach Vlogerów i Blogerów. Oddaj na nas swój głos - My Na Szlaku.

Twój głos może przybliżyć nas do wygranej w tych mistrzostwach. TUTAJ MOŻESZ ZAGŁOSOWAĆ

1. Wystarczy podać adres e-mail

2. Następnie potwierdzić swój głos w wiadomości e-mail (może znaleźć się w spamie)

3. Głosować można codziennie co 24 godziny do 9 czerwca

4. Głosowanie jest darmowe

Dziękujemy!

MYNASZLAKU FILM

Przełęcz Obidza

Teraz schodzimy w kierunku Przełęczy Obidza. Idziemy szybko, a widoków na razie brak. Na przełęczy znajduje się bacówka i Chata Wątorówka. Idziemy dalej i podziwiamy pięknie prezentujące się Pieniny. Przy dobrej widoczności mamy tutaj panoramę Tatr z Polany Litawcowej. Idziemy już na Radziejową szlakiem niebieskim i czerwonym. Po drodze mijamy Wielki Rogacz i widoki na południe.

Radziejowa – szczyt

Walczymy z ostrym kamienistym podejściem i po kilku chwilach jesteśmy na Radziejowej – najwyższym szczycie Beskidu Sądeckiego. Na wieże nie wychodzimy, ponieważ robiliśmy to już sześć razy. To jest nasza siódma wizyta tutaj.

Przehyba – schronisko

Są już godziny popołudniowe, a my chcemy jeszcze dojść przez Przehybę do Szczawnicy, dlatego nie tracimy czasu i ruszamy w dalszą drogę. Na czerwonym szlaku jest już coraz więcej wiatrołomów. Ogólnie szlaki w Beskidzie Sądeckim stają się coraz bardziej widokowe. Można się o tym przekonać tutaj albo na trasie Hala Łabowska – Runek.

Jesteśmy wreszcie na Przehybie – jednym z najpopularniejszych miejsc w całym paśmie. Powodem jest na pewno schronisko, łatwe dojście drogą asfaltową z Gabonia, bliskość Radziejowej i przede wszystkim piękne widoki.

Wchodzimy do środka, bierzemy wrzątek za symboliczne 20 groszy, jemy zupki, kanapki i decydujemy się zejść do Szczawnicy. Myśleliśmy o tym, żeby zostać w schronisku, ale mieliśmy jeszcze siłę do dalszej wędrówki, zwłaszcza że czekało nas tylko zejście. Po wyjściu na zewnątrz zaczęło padać, ale to był tylko przelotny deszcz. W oddali było widać Tatry.

Z Przehyby do Szczawnicy

Widzieliśmy je, schodząc już szlakiem niebieskim. Tworząc Główny Szlak Beskidu Sądeckiego, wybraliśmy ten odcinek koloru niebieskiego z powodu ciekawych miejsc na trasie. Między innymi to dzięki Zaskalnikowi, wędrujemy do Szczawnicy szlakiem niebieskim, a nie zielonym.

Zaskalnik to wodospad znajdujący się na ulicy Kunie. Jest to dość popularne miejsce, bo można tutaj dotrzeć samochodem, autobusem lub pieszo około 3 kilometry od centrum.

Po minięciu wodospadu idziemy już wspomnianym asfaltem. Pogoda zaczyna się zmieniać na lepsze, a widoki na Pieniny powalają. Miasto uzdrowiskowe Szczawnica leży między Pieninami a Beskidem Sądeckim.

Nocleg w Szczawnicy

Weszliśmy już do centrum Szczawnicy i zaczęliśmy szukać kwatery. Zrobiliśmy zakupy w sklepie i wreszcie po pół godziny poszukiwań znaleźliśmy coś taniego. Nocowaliśmy w pokojach gościnnych „Na Skale”. Pokoje czyste z łazienkami, duża kuchnia, w pokoju TV i Internet, właścicielka bardzo miła. Serdecznie pozdrawiamy – Liliana i Grzegorz Chlipała / ul. św. Krzyża 10.

Robimy kolację i idziemy spać. Spakowani kontynuujemy niebieskim szlakiem w Szczawnicy, a następnie zmieniamy go na kolor żółty. Będzie on nas prowadził przez Bryjarkę, Bereśnik, Dzwonkówkę, Błyszcz, Okraglicę Północną, aż pod samą Cebulówkę. Po zakupach w markecie – wody i prowiantu na ognisko, które mamy w planach idziemy ku górze.

Ze Szczawnicy na Bereśnik

Mijamy Muzeum Pienińskie, a po kilkuset metrach wchodzimy do lasu i udajemy się na szczyt Bryjarka. To miejsce uwielbiamy. Spod prawie stuletniego krzyża rozpościerają się niesamowite widoki. Zwłaszcza że zawsze w tym miejscu jesteśmy dość wcześnie rano, to możemy zobaczyć snującą się mgłę.

Świat jeszcze śpi. Cisza… Tylko od czasu do czasu można usłyszeć przelatujące ptaki. Widoki nieziemskie na Pieniny i Tatry. Wracamy na szlak żółty i udajemy się do Schroniska PTTK Pod Bereśnikiem. Idzie nam się ciut lepiej niż wczoraj, ale dalej przyzwyczajamy się do cięższego plecaka.

Bacówka pod Bereśnikiem

Podczas rozmowy nie wiemy, nawet kiedy tak szybko przyszliśmy przed progi schroniska. Od razu wchodzimy do środka, żeby skonsumować śniadanie. Oczywiście było pyszne i jak zwykle w towarzystwie kota, który tym razem dobierał się do kiełbasek schowanych w plecaku.

W środku schroniska właściciele zdecydowali zostawić czajnik do dyspozycji turystów. Ostatnio, gdy byliśmy w styczniu, to jeszcze go nie było. Naszym zdaniem jest to bardzo fajny pomysł. Jeśli ktoś chce tylko skorzystać z wrzątku, nie musi wyczekiwać w kolejce, nie wiadomo ile, a tym samym obsługa ma czas dla tych, co coś zamawiają. Brawo dla pomysłodawców.

Dzwonkówka – szczyt

Ruszamy przed siebie i przez najbliższe 100 minut kolejno zdobywamy Bereśnik , Cieluszki, Kotelnicę i Dzwonkówkę. Tu odpoczywamy. Szczyt Dzwonkówka ogólnie jest zalesiony i jeszcze nie oznaczony, ale nietrudno go rozpoznać. Pod nim znajduje się polana widokowa. W okolicach szczytu ułożony jest kopiec z kamieni z wizerunkiem Pielgrzyma Jana Pawła II, a także wisi, każdemu chyba znana tabliczka „Himalaje 2 lata”.

Przez najbliższe prawie pięć kilometrów jest strasznie ciepło. Trasa jest bardzo widokowa, po jednej stronie możemy zobaczyć Gorce – pasmo sąsiadujące z Beskidem Sądeckim, a po drugiej Pasmo Radziejowej. Oj można się zachwycić Beskidem Sądeckim. Po drodze mijamy pojedyncze gospodarstwa.

Kaplica na Błyszczu

Bardzo głodni dochodzimy do znaku „Kaplica 200 m” – czyli pod sam Błyszcz. Już nie możemy się doczekać, kiedy tam będziemy. Ostatkiem sił docieramy przed ołtarz. Chwila odpoczynku i zabieramy się do ciężkiej pracy – zbieranie chrustu i rozpalanie ogniska. To jest to – pieczenie kiełbasek. Jemy i jest pyszne. Dodatkowo suszymy mokre ubrania. Zasiedzieliśmy się, ale po takim posiłku, aż się nie chce wstawać i tak szybko uciekać.

Góra Koziarz

Kontynuujemy podróż po ponad godzinnej przerwie. Pierwszym szczytem, z jakim musimy się zmierzyć to Jaworzynka. Następnie kolejno przechodzimy przez Koziarz, Suchy Groń, Wojakówkę i Okrąglicę Południową.

Przez ten dzień denerwowała nas jedna sprawa, że w Beskidzie Sądeckim zostaje wyryta szeroka droga przez szczyty albo w pobliżu nich. My podróżnicy lubimy jednak leśne ścieżki, przyrodę taką, jaka jest. Co za przyjemność iść po utwardzonej drodze. Mieliśmy to szczęście, że pogoda była dość dobra i nie polało, bo inaczej byśmy byli cali z błota.

Gdy dochodzimy do Okrąglicy Północnej, to przed Cebulówką zmieniamy szlak żółty na ścieżkę rowerową czerwoną, która poprowadzi nas asfaltem przez Brzynę do samego Jazowska. Ten dzień był tak ciepły, że wypiliśmy cały zapas wody. Nie chcieliśmy tak długiego odcinka iść bez kropli wody.

Ustaliliśmy, znaczy wytypował mnie Mateusz do pójścia po wodę, do jakiegoś najbliższego gospodarstwa, bo to ja jestem dziewczyną i niby ładniejszą częścią reprezentacyjną naszej grupy. No cóż, poradzić. Podchodzę do najbliższego domu, a tu zaskoczenie – spotykamy znajomego z portalu społecznościowego z „Beskidomaniaków”. Z tego miejsca bardzo dziękujemy Tomkowi za użyczenie nam wody.

Jazowsko – nocleg

Do Jazowska idziemy asfaltem, ale czas szybko mija w promieniach zachodzącego słońca. Pokój dla nas znalazł się w Hotelu Orłowski na stacji paliw właśnie w tej miejscowości – Jazowsko 205. Jesteśmy bardzo zadowoleni. Kolacje zjedliśmy w ich restauracji. Zaskoczyła nas bardzo miła i profesjonalna obsługa.

Na kolejny dzień zapowiadano brzydką pogodę, burzę i deszcz, wiec chcemy wyjść do Schroniska PTTK na Przehybie. Żegnamy się z recepcjonistą i ruszamy do sklepu na małe zakupy. Bierzemy chleb, zupki, czekoladę, zapas wody mineralnej i sok.

Z Jazowska na Przehybę

Dalej idziemy w kierunku zielonych znaków, które poprowadzą nas tego dnia do Schroniska PTTK na Przehybie. Przechodzimy przez most nad rzeką Dunajec, a następnie obok przystanku skręcamy w lewo. Idziemy przez chwilę asfaltem, ale nie ma co się martwić – im wyżej, tym lepiej. Droga powoli zamieni się w leśną ścieżkę.

Mijamy co jakiś czas gospodarstwa, które są tam umiejscowione i pozdrawiamy gospodarzy. Ci już odpoczywają na ławce przed domem i wypatrują ataku burzy pewnie z jakąś ulewą. Co prawda od samego rana jest bardzo duszno, a niebo zasłonięte jest gęstymi, burzowymi chmurami, więc nie ma czemu się dziwić.

Chcemy tego dnia przejść jakiś odcinek drogi, a nie chcemy być na szlaku podczas burzy, więc od początku wędrówki narzucamy sobie szybsze tempo.

Wchodzimy już do lasu i co jakiś czas mamy widoki na Beskid Sądecki, ale i także w oddali na Pogórze Rożnowskie. Po kilku kilometrach zdobywamy Będzikówkę, a raczej przechodzimy obok niej, ponieważ szlak nie jest poprowadzony typowo przez szczyt. Mijamy skały i znaną ławeczkę. Szkoda, że została już uszkodzona, ale zawsze można ją zrobić na nowo. Ten pomysł jest dość fajny, chwila odpoczynku w tym miejscu może się każdemu przydać.

Już niewiele nas dzieli od schroniska. Wchodzimy na drogę asfaltową, która prowadzi z Gabonia. Mijamy Kamień Świętej Kingi, z którym związana jest legenda, że Kinga w 1285 roku uciekając przed Tatarami do Pienin, na kamieniu tym odpoczywała.

Schronisko na Przehybie i droga do Rytra

Do schroniska przychodzimy na godzinę 11:00. Widoków brak ze względu na mgłę, a dodatkowo jest zimno. Wchodzimy do środka, gdzie od razu kupujemy wrzątek i zalewamy zupki. Robimy też kanapki.

Plan na dziś został zrealizowany, ale co teraz zrobić? Po dłuższym zastanowieniu wybieramy wariant taki, aby przejść jeszcze do Rytra. Może zdążymy przed burzą, a może nie. Po wyjściu ze schroniska od razu zakładamy pokrowce na plecaki. Zaczyna lekko padać. Mamy nadzieję, że to tylko mała mżawka i jak na razie nic z tego większego nie będzie.

Udajemy się tym razem za znakami koloru niebieskiego. Tak dla Waszej informacji odcinek od schroniska do rozejścia się szlaków czerwonego i niebieskiego idziemy już drugi raz, tylko tym razem w druga stronę. Szliśmy tu pierwszego dnia, kiedy byliśmy na pierwszym etapie przejścia Głównego Szlaku Beskidu Sądeckiego. Następnie po skręceniu już w lewo za jakiś czas dochodzimy do wiatrołomów. Później przechodzimy obok pomnika przyrody „Wietrzne Dziury”.

Idąc tym szlakiem mamy co jakiś czas widoki. Aby uniknąć dreptania po asfalcie, naszą propozycją jest przejście szlakiem zielonym i kolejno zmianę go na ścieżkę żółtą. W wyniku zmiany szlaku zielonego na ścieżkę gminną koloru żółtego wynikło małe zamieszanie i wielkie poszukiwanie. Porównanie terenu i zakrętów na mapie wynika, że powinniśmy właśnie odbić, a po rozejrzeniu się w terenie brak takich znaków. Oczywiście wiele wariantów do wyborów.

No nic, pierwszy to: wracam kilkadziesiąt metrów, aby się upewnić, że szlak na pewno nigdzie nie skręcił, a my go po prostu przeoczyliśmy. No nie – nie było na pewno odejścia. Drugi wariant: Mateusz proponuje przejście jednak dalej, bo możliwe, że nie każda droga jest zaznaczona na mapie. Idziemy dalej. Oczywiście ma rację. Odejście ścieżki jest bardzo ładnie oznaczone tabliczką i kilkoma znakami na drzewach. Nie potrzebnie się martwiliśmy.

Schodzimy coraz niżej i niżej, mgłę zostawiamy w tyle i znów zaczyna się robić duszno. Coś z tego będzie. Wędrujemy chwilę jeszcze lasem, a później idziemy całkiem odkrytym terenem. Jest pięknie. Widzimy jutrzejszą trasę na Makowicę. Przechodzimy obok schronu bojowego, a następnie przez Połom – szczyt rozpoznawalny przede wszystkim z wiatraka, który tam jest umiejscowiony.

Mijamy krzyż parafialny, wysoki na 12 metrów, wzniesiony w tym miejscu w roku 2006 na siedemdziesiątą piątą rocznicę parafii Rytro. Zaczyna od czasu do czasu kropić. Idziemy szybciej. Tak niewiele nam zostało.

Pierwsza błyskawica i grzmot. Oj robi się strasznie, ale na szczęście jesteśmy już przy głównej drodze Nowy Sącz- Rytro. Po jako takiej nocy w Rytrze udaliśmy się w dalszą drogę. Przekroczyliśmy przejazd kolejowy, gdzie akurat jechało ryterskie pendolino.

Rytro – nocleg

Poczekaliśmy kilka minut i weszliśmy na drogę prowadzącą z Nowego Sącza do Piwnicznej-Zdroju. Najpierw wizyta w sklepie i uzupełnienie zapasów. Musieliśmy się zapakować na ten dzień, ale i przyszły, bo nie wiedzieliśmy, czy będzie tam gdzieś sklep, a na mapie nie był nigdzie zaznaczony, więc lepiej coś mieć ze sobą.

Z Rytra ma Makowicę

Po minionej nocy, burzy i opadach deszczu trochę się ochłodziło, ale szlak też zrobił się rozmoczony. Przechodzimy przez most nad Popradem i wędrujemy czerwonym szlakiem, aż prawie pod samą Cyrlę. Pogoda z biegiem czasu się poprawia, więc idzie się jeszcze lepiej. Nad nami jednak wisi ciemna chmury, ale na szczęście nie pada.

Miejscowość Rytro jest miejscem, gdzie spotyka się Pasmo Radziejowej z Pasmem Jaworzyny Krynickiej, więc opuściliśmy to pierwsze na kilka dni, bo jeszcze w ostatni dzień w nim będziemy. Teraz będziemy wędrować już tym nieco niższym pasmem, ale dość długim. Po dotarciu do ścieżki żółtej odbijamy na lewo.

Kierujemy się teraz na Makowicę. Ścieżka nie jest za dobrze oznaczona, ale jakoś nią idziemy. W pewnym momencie gubimy ją i idziemy intuicyjnie. Kiedyś byliśmy już w pobliżu, więc orientujemy się w terenie.

Makowica – Główny Szlak Beskidu Sądeckiego

W końcu dochodzimy do szlaku niebieskiego idącego z Woli Kroguleckiej. Polecamy, będąc w pobliżu właśnie Woli Kroguleckiej odwiedzić nową platformę widokową – ślimaka. Wchodzimy do lasu i idziemy już teraz bezpośrednio na Makowicę – szczyt zaliczany do Korony Beskidu Sądeckiego. Nie trwa to długo, jak docieramy na miejsce.

Na szczycie ułożony jest kopczyk, który znajduje się już tam od wielu lat. Oprócz tego jest powalone drzewo, które służy idealnie jak ławeczka. Odpoczywamy chwilę i idziemy dalej, ostro w dół, żeby dojść do szlakowskazu. Szlaki są w miarę oznaczone, ale szału nie ma.

Trzeba uważać, żeby nie przegapić odejścia, bo innych dróg jest dużo. Po dojściu na miejsce robimy sobie śniadanie. Jest to miejsce na naszej trasie, gdzie możemy sobie spokojnie posiedzieć dłużej, bo teraz będziemy schodzić przez Wilcze Doły do Homrzysk. Tutaj można iść na Halę Łabowską albo do Rytra przez Cyrlę Głównym Szlakiem Beskidzkim. Nasz Główny Szlak Beskidu Sądeckiego skręca w lewo i idzie zielonym kolorem na Wilcze Doły.

Po drodze napotykamy na Polanę Ogórkową i pomnik upamiętniający walczących na tych terenach w latach 1939-1945 partyzantów Armii Krajowej. O tym miejscu nie wiedzieliśmy, a nawet nie ma go zaznaczonego na mapach. Idziemy dalej i docieramy na Wilcze Doły. To okazała polana, z której rozciągają się fantastyczne widoki na Sądecczyznę, Pogórze Rożnowskie i Beskid Niski. Wilcze Doły również zaliczane są do Korony Beskidu Sądeckiego.

Kładziemy się na polanie i leżymy, leżymy, leżymy, leżymy no i leżymy… Jest przyjemnie, ciepło, lekki wiaterek, a do kwatery już coraz bliżej. Liczymy, że jednak sklep gdzieś będzie i kupimy sobie lody. Zmieniamy dalej szlak na niebieski i kierujemy się w stronę Nawojowej. Wchodzimy na jeden z najpiękniejszych odcinków w Beskidzie Sądeckim.

Homrzyska – nocleg

Dochodzimy do drogi asfaltowej idącej do centrum Nawojowej. My skręcamy w prawo i będziemy teraz szli asfaltem. To około 5 kilometrów, czyli jakaś godzina drogi. Na trasie jest sklep i kupujemy w nim lody :). Dochodząc do miejscowości Homrzyska, dzwonimy jeszcze do Pani Ireny, żeby dokładnie dowiedzieć się, jak do niej dotrzeć. Wreszcie jesteśmy. Właścicielka wita nas szerokim uśmiechem. Znajdujemy się w gospodarstwie ekologiczno-agroturystycznym „Pod Brzozą” – Homrzyska 3.

Dostajemy przytulny pokoik przy okazałym tarasie, na którym jest stół bilardowy. Gospodyni oprowadza nas po budynku, a następnie wraca do swoich obowiązków. My mamy czas na zrobienie prania i jedzenia. Jest tutaj czysto i przytulnie. Koszt to 25 złotych od osoby. Po 17 przylatują do nas rezolutne dzieciaki, które chcą się bawić. Okazuje się, że to wnuki Pani Ireny. Wieczorem Angelika spędza z nią czas, rozmawiając ponad godzinę.

Szlak w kierunku Hali Łabowskiej

Ruszamy jak zwykle o tej samej godzinie. Jeszcze na koniec wizyty w gospodarstwie agroturystycznym „Pod Brzozą” żegnamy się z miłą właścicielką. Ruszamy za znakami ścieżki rowerowej, a później dochodzimy do szlaku żółtego. Idziemy chwilę przez łąkę, a później wchodzimy do lasu. Jednak co jakiś czas przechodzimy przez występujące tam tereny widokowe i mamy fantastyczne widoki na Beskid Sądecki, Pogórza, a także na miasto Nowy Sącz.

Przy okazji zdobywamy Szczab, Wielki Groń i Sokołowską Górę. Te szczyty jeszcze nie posiadają tabliczek, być może kiedyś zostaną zamontowane w tych miejscach. Na szlaku spotykamy wiele pięknych kapliczek. Po maszerowaniu przez ponad dwie godziny docieramy do szlaku czerwonego i kontynuujemy wędrówkę nim. Przypominamy sobie naszą mękę, kiedy był tu śnieg, było zawiane i nie było żadnych śladów, które by nam ułatwiły przejście tego odcinka.

Przyjemnie się szło z myślą, że śnieg pojawi się dopiero pod koniec roku, a my za ten czas nacieszymy się latem i barwami kolorowej jesieni. Dochodzimy przez Halę Martynową na Halę Barnowiecką. Idziemy dalej na Wierch nad Kamieniem.

Schronisko PTTK na Hali Łabowskiej

W schronisku PTTK na Hali Łabowskiej zamawiamy coś do jedzenia – coś więcej ze względu na to, że to dopiero śniadanie. Do Krynicy jeszcze daleko, więc musimy nabrać sił na dalszą część wędrówki tego dnia. W schronisku jesteśmy tylko my. Później dołączają chłopaki na rowerach, którzy po zjedzeniu kierują się już za czerwonymi znakami do Rytra.

My ruszyliśmy, ale w przeciwną stronę. Przez około siedem kilometrów dreptamy na Runek. Jest to dość monotonny odcinek do przejścia. Nie ma za bardzo widoków i idzie się tylko przez las. Po drodze spotykamy kobietę, z którą chwilę rozmawiamy.

Runek – Beskid Sądecki

Na Runku chwilę odpoczywamy, w sumie mogliśmy odpocząć we wiacie, która znajduje się o jakieś dwa kilometry od tego miejsca, ale po rozmowie jakoś wyszło, że lepiej będzie tutaj. W tym miejscu spotykamy dość sympatyczną parę młodych turystów, a także dwie biegaczki, które udały się niebieskim szlakiem do Bacówki nad Wierchomlą.

Po kilkunastu minutach ruszamy dalej, idziemy na Czubakowską, a później zmieniamy szlak na niebieski. Cały czas wędrujemy przez las. Jest dość przyjemnie. Cały dzień był pogodny z małą ilością chmur. Przechodzimy przez Przysłop, Drabiakówkę, Urdy. Kilkaset metrów dzieli nas od Przełęczy Krzyżowej.

Pewne panie pytają nas o drogę do krzyża. Wyciągamy mapę z plecaka i mówimy, że jak na razie idą w złą stronę. Należy się udać za żółtymi znakami, ale w przeciwną. Panie uśmiechnięte dziękują za pomoc i powoli spacerkiem rozgadane idą tam, gdzie je skierowaliśmy.

Przychodzimy na przełęcz a tu coraz więcej ludzi. No tak wiadomo, przecież niedaleko jest Krynica-Zdrój – miasto uzdrowiskowe, a co za tym idzie, dużo kuracjuszy przychodzi do tego miejsca, robiąc sobie spacer popołudniowy.

Nie zatrzymując się, zmieniamy szlak na zielony i schodzimy nim, aż do Krynicy. Tam robimy zakupy na kolację i szukamy jakiegoś noclegu. W czasie przejścia Głównego Szlaku Beskidu Sądeckiego nie rezerwowaliśmy żadnych pokoi ze względu na to, że mogliśmy do danego miejsca nie dotrzeć w danym dniu. Noclegu szukaliśmy, jak już staliśmy pod daną reklamą czy bramką.

Dzwonimy do kilku miejsc, niestety nie mają miejsc albo drogo. Nie dajemy za wygraną i dzwonimy do kolejnego. Udało się, ale właściciele Willy Lena / ul. Pułaskiego 23 są poza miejscem zamieszkania. Podczas rozmowy zapewniają nas jednak, że do godzinki czasu będą i jeśli będziemy jeszcze chętni, to nas przyjmą. I tak się stało.

Bardzo miły Pan wskazał pokój i wszystko nam objaśnił. Jest bardzo przyjemnie. Pokój mamy z łazienką i TV. Mamy dostęp do kuchni w pełni wyposażonej i położonej piętro niżej. Niestety w pokoju, w którym jesteśmy, mamy problem z Internetem, ale za to jest miło, czysto i przytulnie.

Krynica-Zdrój – Huzary

Jest dzień 6 naszej górskiej przygody. Znajdujemy się w Krynicy-Zdroju. Na zegarze 5:15, a za oknem szaro, deszczowo i pochmurnie. Wychodzimy na balkon, żeby dokładnie obejrzeć sytuację. W najbliższych godzinach raczej nic się nie zmieni. Jemy wczorajsze spaghetti, popijając sokiem i oglądając Miodowe Lata. Pozostali goście jeszcze śpią, a my jak zawsze gotowi do drogi skoro świt.

Angelika lubi sobie dłużej pospać. Ja natomiast wolę wstać wcześniej o godzinie 5 czy 6, bo spanie dłużej to strata czasu. Zawsze go można jakoś wykorzystać. Idę umyć talerze i garnki, a Żelka w tym czasie pakuje plecaki. Coś koło 6 wychodzimy z kwatery. Dobrze, że dzień wcześniej odeszliśmy trochę od centrum. Teraz mniej drogi przed nami.

Huzary – szczyt

Idziemy najpierw czerwonym i zielonym szlakiem na Huzary. Wstępujemy zaraz do sklepu i kupujemy chleb, konserwy, serki i picie. Pytamy o płaszcze przeciwdeszczowe, których niestety nie ma, ale wyżej w kiosku będą na pewno. Faktycznie są. Bierzemy jeszcze plastry, bo się skończyły, a buty obcierają mały palec. Wędrujemy asfaltem w stronę Góry Parkowej, na którą jednak nie wychodzimy. Zaczyna lać, więc zarzucamy płaszcze. Niby rozmiar uniwersalny, ale chyba dla dzieci.

No na mnie, prawie 2-metrowego chłopa jest o wiele za mały. Angelika prezentuje się w nim wybornie, przyciągając uwagę zaciekawionych kuracjuszy z pobliskiego sanatorium. W sumie większość ludności miasta to kuracjusze. W minionym dniu byli dosłownie wszędzie. Czytamy jeszcze raz ofertę wycieczkową PTTK z Krynicy. Okazuje się, że wyjazdy są w każdy dzień. I bliżej, i dalej w rozsądnych cenach.

Mijamy sklepy, mijamy hotele i pensjonaty, mijamy też odejście naszego szlaku. Później do niego jednak wracamy i widzimy, że jest zasłonięty przez autobus na kieleckich rejestracjach. Idziemy teraz lasem dość łagodnie i widzimy zakaz wejścia, bo ścinka drzewa. Nie ma tam jednak nikogo. Są tylko powalone drzewa i ogromne błoto. Nie idzie przejść. Zrywka się skończy, a taka droga niestety pozostanie. Na szczęście mocno nie pada. Idzie się dość dobrze. Docieramy na Huzary – szczyt z Korony Beskidu Sądeckiego.

Nie widać niestety nic, bo gęsty las. Nie czekamy, idziemy dalej. Schodzimy żółtym szlakiem do drogi asfaltowej i odbijamy w prawo. Chwilę tak idziemy, a potem docieramy do drogi kamienistej, ale z zakazem wjazdu. Lecimy z nią kawałek, aż do wiaty, Tam robimy sobie przerwę.

Zejście do Powroźnika

Teraz będziemy szli niebieskim szlakiem w stronę Powroźnika. Mocniej pada, więc chwilę zostajemy. Suszymy płaszcze i nastawiamy się mentalnie do dalszej drogi. Czeka nas około 8-kilometrowa trasa do najbliższej miejscowości. Po 20 minutach dochodzimy na szczyt Szalone. Dość strome podejście – do góry i na dół.

Gdzieś w okolicach Tylicza słychać jakby było jakieś polowanie, a może to petardy. Szczekanie psa rozpływa się we mgle. Szliśmy dalej, zdobywając Bradowiec i Rakowskie, które są fajnie oznaczone tabliczkami.

Zbliżając się do Powroźnika, ujrzeliśmy pobliskie góry. Gdzieś we mgle stała się być Jaworzyna Krynicka – dobrze rozpoznawalna dzięki przekaźnikowi. Mokra trawa moczyła nam buty coraz bardziej. Ścieżka delikatnie zaczęła schodzić w dół. Widzieliśmy już nasz kolejny cel.

Przeszliśmy przez tory kolejowe i szliśmy drogą główną Krynica – Muszyna. Na lewo odeszła droga do Tylicza, a my zatrzymaliśmy się na przystanku, mając przed oczami stadion piłkarski. Tam jedliśmy. Co chwilę przejeżdżał autobus w kierunku Nowego Sącza, kusząc, żeby do niego wsiąść. Dalej ruszyliśmy na Czarne Garby, wychodząc nad miejscowość i oglądając domostwa w dole.

Wychodzimy na łąki i mamy do wyboru dwie drogi. Tutaj trzeba wybrać dolną. W oddali pod lasem zobaczymy domek letniskowy i w jego kierunku mamy się kierować. Po dojściu tam pokaże się nam szlak niebieski i schowana kapliczka. Idziemy po błocie do góry i nagle orientuje się, że nie mam koszulki, którą miałem zawieszoną na karku. Gdzie mogła zostać ? Na pewno nie spadła, bo bym czuł, a poza tym trzymał ją płaszcz. To musiało być albo we wiacie, albo tutaj na przystanku. Pewnie została gdzieś w lesie. Mam nadzieję, że jak ktoś go znajdzie to zawiesi na drzewie. Nie raz już widzieliśmy pozostawione bluzy, kapelusze, czapki, majtki, a nawet buty. Chwila, chwila… Majtki?

Droga była strasznie rozjeżdżona, a co kilka drzew wisiały kapliczki, które prowadziły nas do samego szczytu. Tam był tylko szlakowskaz i ścięte drzewa, na których siedliśmy.

Malnik – Beskid Sądecki

Po krótkim postoju udaliśmy się dalej. Szliśmy już w stronę Muszyny. Minęliśmy chyba pierwszych ludzi na trasie, a były to osoby miejscowe zbierające drzewo. Wyszliśmy z lasu i usłyszeliśmy w oddali muzykę. Dobiegała ona z pobliskiego zajazdu. Po minięciu przekaźnika schodziliśmy ostro w dół kolorem żółtym. Po przejściu obok cmentarza żydowskiego weszliśmy na kamienne płyty. Pogoda się znacznie poprawiła, ale zbierało się na burze. Duchota ogromna. Weszliśmy na muszyński rynek.

Nocleg w Muszynie

Podbiliśmy pieczątki w jakimś sklepie i poszliśmy na większe zakupy do Biedronki. Kupiliśmy soki, mineralną, parówki, chleb, chipsy, czekoladę, orzeszki i udaliśmy się w poszukiwaniu kwatery. Skręciliśmy z zielonym szlakiem na Szczawnik, bo wiedzieliśmy, że jest tam ich sporo. Może i było, jednak zajęte, bo to sobota, albo drogo. Szukaliśmy czegoś w okolicach 30 złotych. Poszukiwania trwały około godziny.

Wreszcie zadzwoniliśmy do jakiegoś domu i polecono nam Willę Merę / ul. Nowa 34. Podobno tanio i fajnie. Burza była tuż nad nami. Lekko pogrzmiewało. Zadzwoniliśmy i mieli miejsce. Za 10 minut byliśmy pod drzwiami.

Właścicielka przywitała nas radośnie i zaprowadziła do pokoju. W nim było czysto i przytulnie. Powiedzieliśmy co nieco o naszej wyprawie. W pokoju była łazienka, TV, Internet, wyjście na balkon. Mieliśmy szczęście, że tu trafiliśmy, bo było naprawdę fajnie. Kuchnia była na samym dole w pełni wyposażona. Takie miejsce możemy polecić każdemu.

Z Muszyny na Jaworzynę Krynicką

Kolejny dzień nie zapowiadał się na lepszy. Było deszczowo i mgliście. Tym razem musieliśmy już iść. Taka sama droga do kościoła, kilka kilometrów w górę i znaleźliśmy się tutaj, gdzie dzień wcześniej zakończyliśmy. Ruszyliśmy dalej od szlabanu zielonym szlakiem w stronę Jaworzyny Krynickiej.

Deszcz na dobre przestał padać i zrobiło się cholernie zimno. Trasa prowadziła cały czas pod górę z może dwoma spadkami. Szliśmy cały czas przez las, więc widoków nie mieliśmy żadnych. Po dniu przerwy szło się bardzo dobrze. Na częstych przełączkach mieliśmy czas, żeby odetchnąć, chociaż myśleliśmy, że podejście będzie bardziej strome.

Główny Szlak Beskidu Sądeckiego – szczyt Jaworzyna Krynicka

Wreszcie z tego ni z owego wyszliśmy na łąkę, która okazała się szczytową. Ujrzeliśmy kolejkę i przekaźnik. Ucieszyliśmy się, że jesteśmy już na szczycie. Nawet szybko nam to poszło. Byliśmy tak o 8.45. Wszystko było pozamykane. Przy kolejce stali tylko ludzie z obsługi, czekając na godzinę 9:00, gdy miał ruszyć pierwszy kurs kolejki gondolowej. My czekaliśmy na możliwość przybicia pieczątek i dopiero w Kolibie nam Pani udostępniła.

Na Wierchomlę

Podziękowaliśmy i ruszyliśmy na Wierchomlę. W międzyczasie założyliśmy kurtki, czapki i rękawiczki, bo było tak zimno. Temperatura wynosiła około 3 stopni. Szliśmy teraz czerwonym szlakiem w stronę Runka z jakiś kilometr. W miejscu, gdzie dotarła do nas ścieżka czarna, to skręciliśmy na nią. Prowadziła nas ona do Szczawnika.

Baliśmy się, ale na szczęście była dobrze oznaczona. W ostatnim czasie mieliśmy tutaj zrywkę drzewa, która nawet nie poczyniła strasznych szkód. Przeszliśmy pod szczytami Bukowa i Wielka Bukowa i weszliśmy do Rezerwatu Żebracze. Tutaj biegła już ścieżka koloru czerwonego, dość fajnie oznaczona i atrakcyjna.

Po dojściu do schroniska od razu zamówiliśmy jedzenie. Było bardzo dobre, ale trochę mało. Zamówiłem pomidorową, która jednak nie dorównuje tej z Leskowca.

Angelikę zaczęła boleć głowa, dlatego też chcieliśmy dojść tylko do Wierchomli Wielkiej. Po godzinnej przerwie ruszyliśmy na Pustę Wielką przez Wyżnie Młaki. Pogoda nieznacznie się poprawiała. Widoki mieliśmy dość okazałe, co bardzo nas cieszyło. Mijaliśmy po drodze krzewy borówek, na których znajdowały się zielone owoce.

Niedługo jak dojrzeją, to na pewno znajdą się amatorzy borówek i dość szybko znikną. Dotarliśmy wreszcie na szczyt, który jest dobrze oznaczony, nawet dwiema tabliczkami. To jest miejsce, które moja towarzyszka lubi najbardziej. W sumie nie wiadomo czemu.

Pusta Wielka – Wierchomla

Nie byliśmy tam długo i od razu ruszyliśmy czarnym szlakiem wąską ścieżką w stronę Żegiestowa. Nie uszliśmy za wiele, a już trzeba było skręcać na czerwoną ścieżkę idącą do Wierchomli. Na początku idziemy obok Rezerwatu Wierchomla przez las. Później wychodzimy na łąki i lecimy nimi do miejscowości, mając widoki w każdą stronę.

Angelikę przestała boleć głowa, dlatego decydujemy się iść do Piwnicznej, a nie zatrzymywać się w Wierchomli Wielkiej. Mijamy kościół i od razu skręcamy w lewo przez most obok domu. Idziemy teraz ostro pod górę, zdobywając wysokość bardzo szybko. Pozdrawiamy spotkanego gościa i przez zielony Beskid Sądecki zdobywamy Kiczorę, a później dochodzimy do szlaku żółtego, który idzie od Hali Łabowskiej.

Z Wierchomli na Kicarz

Siadamy na łące i dzwonimy do kwatery, żeby zarezerwować pokój. Udaje się, że jest wolny. Akurat zejdziemy na 19, wtedy gdy właściciel przyjedzie. Nocowaliśmy w pokojach gościnnych „u Uli” już kiedyś i bardzo nam się podobało, dlatego po raz kolejny się tam chcieliśmy zatrzymać. Teraz idziemy do Łomnicy-Zdroju, cały czas po betonowych płytach.

Po dojściu do głównej drogi kierujemy się dalej prosto, ale już ścieżką zieloną. Znowu musimy wspinać się na kolejną górę. Był już 36 kilometr naszego marszu, a koniec był już bliski – i nasz i trasy. Przy mocno grzejącym słońcu wyszliśmy pod Kicarz. Są tam ławki, krzyż i widoki na Beskid Sądecki.

Piwniczna-Zdrój – nocleg

Po raz kolejny zmieniamy szlak, tym razem na niebieski i schodzimy wreszcie do Piwnicznej. Nogi na szczęście nie bolą. Mijamy naszą kwaterę i idziemy najpierw do sklepu. Kupujemy lody, kiełbasę, chleb, masło, ogórki i soki. Będą pyszne kanapki. Po tym wracamy na ulicę Leśną 3b, wchodzimy do pokoju i kończymy naszą dzisiejszą wędrówkę.

Znajdujemy się w pokojach gościnnych „u Uli” gdzie jest bardzo przyjemnie i przytulnie. W pokoju jest TV i Internet. Łazienka jest na korytarzu. Jest również kuchnia z pełnym wyposażeniem. Koszt noclegu to 30 złotych za osobę. Ja zostawiłam plecak w kwaterze i szłam na lekko. Po zejściu do Młodowa chcieliśmy wrócić do Piwnicznej na noc, a w kolejny dzień podjechać do Młodowa i tam zacząć ostatni dzień naszego marszu.

Z Piwnicznej na Halę Pisaną

Idziemy za szlakami koloru żółtego. Najpierw płytami obok pijalni artystycznej, a później po łące. Widoki są niesamowite. Oj można zachwycić się Beskidem Sądeckim. Jest piękny. Widoki na Pasmo Radziejowej zapierają dech. Mijamy ostatnie gospodarstwa i przechodzimy przez łąkę, na której pasie się mucząca krowa. Oj widać Tatry. Super. Jednak nie ma to efektu, jaki kiedyś był, kiedy one były jeszcze ośnieżone.

Po kilku minutach w prawo odbija ścieżka zielona i ścieżka rowerowa czerwona, która można się dostać do Łomnicy – Zdroju. My udajemy się zboczem szczytu Groń.

Szałasy Jarzębackie

Dalej chcemy się dostać do Szałasów Jarzębackich. Ten niezapomniany widok z tamtego miejsca dalej mamy przed oczami, chociaż minęło już kilka miesięcy. Coraz szybciej i szybciej. Nogi same biegną w tamtą stronę. Między drzewa, troszkę na skróty.

I są… oj są… widoki… ach… Tutaj jest przepięknie. Na mapie zaznaczono miejsce jako punkt widokowy, więc można było się tego spodziewać, a widoki stąd są nie do opisania. Zostajemy tutaj chwile, pstrykamy kilka fotek i odpoczywamy. Ogólnie nie ma co mówić, ale szlak żółty z Piwnicznej cieszy się dużą ilością miejsc, skąd rozpościerają się rozległe widoki na pasmo Beskidu Sądeckiego.

Z kolejnej polany, przez którą przechodzimy, też widzimy tatrzańskie wierzchołki. Tutaj poznajemy turystę, który równo z nami pstryka foty i maszeruje przez Przełęcz Bukowinę na Halę Pisaną. Bardzo nam miło, że rozpoznaje nas z mynaszlaku.pl :). Później docieramy na Przełęcz Bukowina i Halę Pisaną.

Tam robimy odpoczynek i zastanawiamy się, gdzie by zrobić ognisko. Już tutaj czy może gdzieś dalej. No drewno jest, miejsce wyznaczone jest, więc palimy. Głodni w sumie już troszkę. Pasuje zjeść jakieś śniadanko. Szukamy jakiejś podpałki. Jakiś, jak to nazwał Mateusz – suchotek zaczął się palić. No to pieczemy. Zeszło nam ponad godzinę.

Na Głównym Szlaku Beskidu Sądeckiego

Główny Szlak Beskidu Sądeckiego poprowadził nas z powrotem na Przełęcz Bukowina i dalej na Jaworzynę Kokuszczańską. Zajęło nam to około 20 minut. W okolicy szczytu znajduje się kamienna kapliczka, zaś w niej zrobiona przez Józefa Grucela szopka betlejemska. Tutaj śmiało można rozpalić ognisko. Jest tutaj na to kilka miejsc i duży zapas drewna, a także gotowe kije.

Schronisko Cyrla

Idąc jeszcze chwile, mijamy grupę młodzieży – samych chłopaków. Robią co prawda szum obok siebie, może nie tyle gadaniem co puszczoną muzyką z przenośnego głośnika. Słychać ich z daleka. Przechodząc obok nas, pytają o Schronisko na Hali Łabowskiej.

Jak powiedzieliśmy, że jeszcze z jakieś 6 kilometrów to słychać było tylko słowa, których nie chcemy tutaj pisać. Przy skrzyżowaniu szlaku niebieskiego czerwonego i zielonego, idziemy dalej za znakami czerwonymi do prywatnego schroniska „Cyrla”. Tam podbijamy pieczątki i ruszamy przed siebie.

Ostatnie kilometry ścieżką niebieską pokonujemy w jedną godzinkę. Maszerujemy przez las. Schodzimy obok zamkniętego hotelu i kościoła do miejscowości Młodów.

Docieramy na drogę główną, idziemy na przystanek i po kilku minutach jedziemy do Piwnicznej, do naszej kwatery. W kolejnym dniu czeka nas ostatni odcinek z Młodowa do Piwnicznej przez Niemcową.

Z Piwnicznej-Zdroju na Kordowiec

Wyruszyliśmy z noclegu w Piwnicznej, bo tam nocowaliśmy. Szczerze to nie szukaliśmy niczego w Młodowie, dlatego musieliśmy dzień wcześniej wrócić do kwatery. Udaliśmy się na rynek, skąd co chwile odjeżdżają busy w różnych kierunkach. Nie czekając długo, wsiadamy do autobusu z tabliczką Nowy Sącz i przejeżdżamy kilka kilometrów do Młodowa.

Od przystanku idziemy kilkadziesiąt metrów i skręcamy w lewo. Kontynuujemy trasę z dnia poprzedniego, więc kolor się nie zmienia. Dalej idziemy za ścieżką niebieską. Jest bardzo duszno. Dreptamy po ułożonych płytach.

Mijamy ostatnie domy, wychodzimy coraz wyżej. Widoki są piękne. Idziemy dość żwawo, dlatego że widzimy, jak z jednej strony nadciągają gęste, ciemne chmury, a przy takiej duchocie szybko może wystąpić burza.

Kordowiec – Beskid Sądecki

Dochodzimy do szczytu Kordowiec i zmieniamy szlak na czerwony. W pobliżu znajduje się prywatne górskie schronisko, znane jako Chata na Kordowcu. Można tam się zatrzymać na nocleg i herbatkę. Ostatnie podejścia na tej trasie pokonujemy w około 55 minut. Spokojnym dość tempem idziemy chwile przez las, chwile przez łąkę i docieramy na Niemcową.

Niemcowa – Beskid Sądecki

Tutaj robimy pamiątkowe zdjęcia z naszym udziałem na jednym z ostatnich szczytów, leżącym na ponad 200-kilometrowym szlaku poprowadzonym po całym Beskidzie Sądeckim. Tutaj spotykamy turystów, którzy byli dzień wcześniej na Cyrli i widzieli się z nami. Oni tego dnia zmierzali na Przehybę, my zaś po kilku minutach ruszyliśmy do Chaty pod Niemcową. Coś tam nas do niej ciągnęło i zdecydowaliśmy, że musimy tam być.

Po przyjściu chatkowy ciepło nas przyjął herbatką i ciasteczkami. Miał dla nas czas, choć obsługiwał dużą grupę turystów przyjezdnych spoza Beskidu Sądeckiego. Przybiliśmy pieczątki do naszej książeczki i zjedliśmy tutaj też śniadanie. My w zamian za gościnność daliśmy cukier i herbatę w torebkach. Nam już się nie przyda, a chatkowy będzie miał, żeby poczęstować innych turystów.

Niestety czas mijał i musieliśmy ruszyć dalej. Kierowaliśmy się już za znakami koloru żółtego. Przechodząc w okolicy Kamiennego Gronia, natrafiliśmy na worek śmieci, leżał sobie i w najbliższej odległości leżały także śmieci.

Co daliśmy radę, to pozbieraliśmy, ale za dużo się nam nie zmieściło do plecaka wypełnionego po brzegi. Niestety tak w górach nie może być, ktoś, kto przynosi jednak ten worek, powinien być odpowiedzialny i dopilnować co się z nim dzieje, ewentualnie znieść go do miejscowości, gdzie zostanie zabrany tam, gdzie powinien leżeć.

W dobrym humorze zeszliśmy do miejscowości Piwniczna-Zdrój, gdzie zakończyliśmy Główny Szlak Beskidu Sądeckiego, będąc pierwszymi osobami, którym się to udało. Liczymy, że kolejni turyści ruszą naszymi śladami.

Jeśli ten wpis dał Ci wartość, znalazłeś u nas potrzebną wiedzę, inspiracje do podróży, to będziemy wdzięczni, jak postawisz nam kawę. Tworzymy bloga z ogromną przyjemnością i pasją od ponad 12 lat. Kawa nam się przyda do dalszej pracy. :) Bardzo dziękujemy! To pozwoli nam się dalej rozwijać.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

NEWSLETTER!

Zapisz się do stałego grona czytelników MyNaSzlaku.pl

Nie spamujemy! Wysyłamy tylko konkretne wiadomości.